Spóźnione, ale szczere podsumowanie meczu Leganés – Las Palmas made by Wagon Trzeci.

26.4.17, Primeradivision (I poziom hiszpański) CD Leganés – UD Las Palmas 3:0.

 

PRZEJECHANE KILOMETRY:

20 (w jedną stronę) kolejką miejską z miejsca noclegu. Transport publiczny madryckiej aglomeracji działa bardzo sprawnie, sieć jest rozbudowana, pociągi podmiejskie oraz metro kursują często i do późnych godzin wieczornych, więc nawet wycieczka na głębokie przedmieście jest prostą operacją logistyczną. Przejażdżka z przesiadką trwała jakieś pół godziny – w moim mieście dłużej jadę do pracy chociaż mam do pokonania tylko 1/3 pokonanego dystansu.

 

BILETY:

15 , kupione w sklepiku klubowym, będącym również „punktem obsługi klienta”, jakieś dwie godziny przed spotkaniem.

Hiszpański #meczing vol. 2

Opublikowany przez Pociąg do futbolu na 26 kwietnia 2017

Na miejscu byłem na dłuuuugo przed otwarciem, bo znalezienie informacji na temat godzin otwarcia kas w dniu meczu niestety nie było możliwe.

Po zasięgnięciu języka u ochroniarza kręcącego się przy bramie, a następnie bywalców stadionowego baru udało się ustalić przybliżoną godzinę rozpoczęcia dystrybucji. Miejsce akcji też było przybliżone, bo okienka kasowe ostatecznie nie zostały otwarte, za to przyklejono do nich kartki z informacją, że wejściówki dostępne są tylko w rzeczonym sklepie.

 

SPIKER:

Z habla espanol od poprzedniego dnia trochę się poprawiło, ale nie na tyle, żeby zrozumieć lokalnego mistrza mikrofonu.

 

Z PIWEM NA STADION:

Nie brałem pod uwagę możliwości przemytu, #beerforemeczing to jednak zupełnie inna sprawa. Jako, że pod stadionem byłem parę godzin wcześniej, postanowiłem spożytkować czas na zwiedzenie przedmieścia hiszpańskiej stolicy połączone z delikatną konsumpcją. Niestety Leganes jest typową sypialnią, w której poza stadionem i centrum handlowym można znaleźć co najwyżej szkołę, ale jak ktoś jest zdeterminowany, to znajdzie bar nawet na Saharze. Mnie determinacji w tym temacie nigdy nie brakuje, mogłem więc przepłukać gardło, zagryzając przy tym jednym z najoryginalniejszych dań, jakie w życiu jadłem.

Niestety odwiedzony przybytek leży kawałek drogi od stadionu i po zakupie biletu nie było już sensu do niego wracać. Kibice gospodarzy chcący łyknąć coś przed meczem musieli korzystać z gościnności (o zgrozo) galerii handlowej. Ja również wpadłem tam na chwilę, ale po skorzystaniu z kibla i zakupie kilku poręcznych puszek wróciłem w pobliże kas i bramek w poszukiwaniu alternatywnej cywilizacji. Ta, skromna bo skromna, ale jednak istniała, więc unieszkodliwienie pojemności 0,33 odbyło się w kulturalnej, sportowej atmosferze.

 

CATERING:

Bocadillo z grillowanym boczkiem 3,80 , smak cudowny, porcja też solidna.

Niestety piwo znowu dawali tylko bezalkoholowe, jednak w myśl zasady, że lepsze to niż woda, wypiłem jeden kubek. Ceny nie pamiętam, wypieram ze świadomości. A woda jednak lepsza…

 

TABLICA WYNIKÓW:

Kolorowy telebim nad odkrytą trybuną, czytelny, ale odwykłem od podawania czasu w trybie 45-cio minutowym.

 

WC:

Schowane za punktem cateringu, trzeba podążać za kolejką. Czyste, ale przepustowości w przerwie wolałem nie sprawdzać, bo prawdopodobnie nie istnieje.

 

DOPING MIEJSCOWYCH:

W młynie może 150, może 200 osób, ze dwie flagi na płocie i kilka machajek. Zaangażowania i bogactwa repertuaru odmówić im nie sposób, kilka razy poderwali nawet cały stadion, choć to pewnie było tez wynikiem korzystnego rezultatu. Znaczącą część aktywności stanowiło jebanie sędziego, pojawiły się nawet czarne kartoniki i jakiś trans z tej okazji. Prawie jak w domu. Po trzecim golu dla gospodarzy przez trybuny przeszła meksykańska fala – u nas nie do przyjęcia, ale tam to jakoś pasowało.

 

ZORGANIZOWANI PRZYJEZDNI:

Kilkanaście/kilkadziesiąt osób w barwach na sektorze za przeciwległą bramką, grupki raczej lużne. Wywiesili jedną flagę, ale dopingu nie prowadzili. Podejrzewam że byli to raczej madryccy gastarbeiterzy, niż świadomie podążający za drużyną „fanatycy” z Wysp Kanaryjskich

 

TEKST MECZU:

Speak english? I’m looking for a ticket. Entranda que?

– Blue door, but close now. I “sink” open fifteen, half past fifteen.

Pan ochroniarz starał się mi pomóc, ale na chęciach się skończyło. Bo w momencie, gdy padała odpowiedź „half past fifteen”, dochodziła 17. Spotkani w barze kibice na szczęście nie udawali, że znają angielski, wiec po pytaniu entranda quanto ora? od razu pokazałem im tarczę zegarka, żeby palcem wskazali odpowiedź. Była zdecydowanie bliższa prawdy.

 

OGÓLNA FAJNOŚĆ:

8/10.

 

WOLNE WNIOSKI:

Coraz częściej mi się zdarza, że mecz będący w założeniu zapchajdziurą staje się hitem wyjazdu.  O Leganes nie wiedziałem wcześniej nic, dopiero pisząc tę relację dowiedziałem się, że jest to ich debiutancki sezon w najwyższej klasie rozgrywkowej w niemal dziewięciciesięcioletniej historii klubu. W tym kontekście nie dziwi nabity po brzegi stadion, i nie ważne że mecz odbył w środku tygodnia, zespół walczy o utrzymanie, a przeciwnik był, jak na hiszpańskie warunki, prawie anonimowy. To jest chyba szósty zmysł.