Spóźnione, ale szczere podsumowanie meczu Amator – Skra made by wagon pierwszy.

9.9.17, liga okręgowa mazowiecka, grupa Płock, Amator MaszewoSkra Drobin 4:4.

 

PRZEJECHANE KILOMETRY:

120 (w jedną stronę). Tradycyjnie – własnym pojazdem w roli szofera. Tym razem oprócz własnych czterech liter wieźliśmy też najbardziej znane i wpływowe cztery litery wśród polskich nałogowych bywalców stadionów i wyrobów stadionopodobnych.

Dawnośmy się z panem redaktorem nie widzieli, więc podróż minęła jak z bicza trzasł. A nawet ze dwa razy pojechaliśmy nie tam, gdzie początkowo zamierzaliśmy, bo się w dyskusji zbytnio pogrążyliśmy. Był jednak przewidziany odpowiedni margines czasu na tego typu przypadki. Mogliśmy sobie nawet pozwolić na krótki przystanek i pocmokanie z zachwytu nad malowniczym obiektem nieopodal celu podróży.

Zdążyliśmy niezawodnie.

 

BILETY:

Niestety. 120 kilometrów na nic. Żadnego formalno-administracyjnego potwierdzenia naszej obecności.

 

SPIKER:

Z naszych ulubionych.

Głos niezły, sprzęt też wysokiej klasy. Poza profesjonalnym wyposażeniem zebranych w (nie)zbędną do konsumpcji widowiska faktografię, zadbał o elementy rozrywkowe, bo kilka sformułowań wywołało – przynajmniej u nas – promienny uśmiech na twarzach. Generalnie maszewski mistrz ceremonii pozostawił po swoim sobotnim występie jak najlepsze wrażenie.

 

Z PIWEM NA STADION:

Cholera wie. Przy wejściu nikt nie interesował się zawartością bagażu udających się na stadion, ale też nikogo popijającego na trybunie nie przyuważyliśmy. Nawet pan redaktor był jakiś taki nieswój i kompletnie nie wykazywał zainteresowania udzieleniem nam pierwszej pomocy w pozyskaniu wiarygodnej informacji w temacie bezpiecznego używania browara podczas meczu.

 

CATERING:

Na stadionie nie ma nic, ale podejrzewając taki obrót sprawy i dysponując kilkoma niezagospodarowanymi minutami przed rozpoczęciem spotkania, bohatersko podjęliśmy zmotoryzowaną wyprawę poszukiwawczo-zaopatrzeniową. Z sukcesem. My uderzyliśmy w słodkie, pan redaktor zdecydowanie w wytrawne. Podobne przedsięwzięcie zorganizowane w przerwie z wykorzystaniem tylko mocy własnych nóg może nie spiąć się czasowo.

 

WC:

Dedykowanego specjalnie dla kibiców nie zauważyliśmy, ale budynek z szatniami wyglądał na gościnny.

Obsługujący spotkanie organizatorzy też, więc z pewnością nikt bliźniego w potrzebie by nie zostawił.

 

TABLICA WYNIKÓW:

Duża klasa. Ręczna obsługa. Lub – jak kto woli – tak zwany handjob.

Widać śmiałe wizjonerstwo projektanta, która przejawia się gotowością jego produktu do przyjęcia na klatę dwucyfrówki oraz praktycznym zastosowaniem rewersu.

Ciekawe jak takie cudo prezentowałoby się na ścianie w salonie?

 

DOPING MIEJSCOWYCH:

Sporych rozmiarów flaga wisiała na płocie między ławkami dla rezerwowych.

Trudno ją jednak interpretować jako gadżet stricte kibicowski. Chyba ktoś – tak jak my nad sensem powieszenia tablicy wyników nad telewizorem – zastanawiał się nad efektem umieszczenia na płocie flagi i – w przeciwieństwie do nas – postanowił to sprawdzić. No i uczciwie przyznamy, że zdecydowanie zdobi, a nie szpeci.

Na doping to się jednak nie przełożyło. Większość zasiadających na trybunie to zatwardziała koneserka, której raczej nie w głowie śpiewy i piro. Zdecydowanie skupiano się na wyrazistym recenzowaniu boiskowych poczynać miejscowych wirtuozów oraz panów z gwizdkiem i chorągiewkami.

O dziwo, pan z zakazem stadionowym udzielał się jakby najmniej.

 

ZORGANIZOWANI PRZYJEZDNI:

Nawet jeśli byli, to cisi i pokornego serca.

 

TEKST MECZU:

 

OGÓLNA FAJNOŚĆ:

6/10.

 

WOLNE WNIOSKI:

Stadion jakiś taki trochę nijaki. Z jednej strony szkoła i sala gimnastyczna w budowie, z pozostałych domy jednorodzinne. Trochę nie czuć atmosfery wielkiego szóstoligowego święta. Choć oczywiście obecność pana spikera i pięknej tablicy wyników doceniamy. Za to na boisku – palce lizać (lub – wedle uznania – coś innego). 0:1, 4:1, 4:4. Działo się trochę.