Spóźnione, ale szczere podsumowanie meczu Arka – Legia made by wagon pierwszy.

2.5.18, finał Pucharu Polski, Arka Gdynia – Legia Warszawa 1:2.

 

PRZEJECHANE KILOMETRY:

15 (w jedną stronę). Najpierw kilkaset metrów autem w pobliże zaprzyjaźnionej pętli autobusowej, resztę już mniej zaprzyjaźnionym autobusem linii 509. To znaczy sam autobus wporzo, szkoda tylko że na pomysł dostania się nim na stadion wpadła chyba połowa miasta, a sezon na włączanie klimatyzacji przez kierowców komunikacji miejskiej jeszcze się wówczas nie rozpoczął, więc istniała groźba, że pod stadion dojadą trzy mokre plamy zamiast ludzi z krwi i kości. W dodatku druga połowa miasta jechała chyba samochodami, więc podróż trwała dwukrotnie dłużej niż planowaliśmy.

Ale ostatecznie udało się. Do tarliśmy. I zdążyliśmy.

 

BILETY:

Ceny rynkowej nie znamy, dostaliśmy w prezencie.

 

SPIKER:

Jak to na tego typu zalatujących korpo spiną wydarzeniach – nie bardzo jest miejsce na improwizującego prawdziwka. Był więc jakiś pan, pewnie w krawacie, beznamiętnie wydający komunikaty oraz informujący kibiców o zakazie używania wulgaryzmów i pirotechniki.

 

Z PIWEM NA STADION:

Bez szans. Szanownej małżonce w widocznej ciąży zabroniono nawet wnieść resztkę wody mineralnej. Za to na wagon (nomen omen) pirotechniki przymknięto oko.

 

CATERING:

Standardowo na narodowym – jakieś zapiekanki, hot-dogi, woda, cola itp. w cenach mocno nierynkowych. Szanowny wagonik ruszył po drobne sprawunki wyposażony w tak zwanego „niebieskiego” (czyli 50 zł), przyniósł strawę i napitki, które ledwo się po zębach rozeszły, za to reszty już nie.

Przy okazji przypomniała nam się sytuacja życiowa, której świadkiem był jeden z naszych znajomych. Pod sklepem energicznie rozmawia para w średnim wieku, taka co to na oko lubi regularnie – jak mawiał Jan Himilsbach – wprowadzać element baśniowy do szarej rzeczywistości, rozmawia, rozmawia i rozmawia, aż w końcu z usta mężczyzny pada sakramentalne „No dobra, mosz dwa złote, idź se kup co chcesz”.

 

WC:

Dużo i czysto.

 

TABLICA WYNIKÓW:

Bezduszne telebimy. Kibiców z sektora Arki wyprowadzały z równowagi do tego stopnia, że postanowili spalić podtrzymującą je kopułę przy pomocy wystrzeliwanej pirotechniki. Na szczęście ocalała.

 

DOPING MIEJSCOWYCH:

Wprawdzie mecz w Warszawie, ale formalnie gospodarzem była Arka. Historię z ostrzeliwaniem kibiców Legii, a przy okazji także czego popadnie, znacie pewnie doskonale, więc nie ma co się nad tym rozwodzić. Poza tą akcją były też inne.

 

ZORGANIZOWANI PRZYJEZDNI:

Tu podobnie. Było na co popatrzeć.

 

TEKST MECZU:

– Ja już chyba chcę iść do domu.

Szanowna pani wagonowa nie była zachwycona sąsiedztwem strzelających z pirotechniki.

 

OGÓLNA FAJNOŚĆ:

6/10.

 

WOLNE WNIOSKI:

To była nasza pierwsza wizyta na meczu piłkarskim na PGE Narodowym i uczciwie przyznamy, że da się tam oglądać futbol.

Przy okazji poprosimy o słowa uznania za sporządzenie podsumowania prawie cztery miesiące po meczu. Chyba dziś wprowadzimy element baśniowy do szarej rzeczywistości na tę okoliczność!