Spóźnione, ale szczere podsumowanie meczu Ashton & Backwell – Bishop Sutton made by Wagon Trzeci.

6.10.17, Western Football League Division One (dziesiąty poziom angielski), Ashton & Backwell  UnitedBishop Sutton A.F.C. 2:1, The Western League Groundhopp – mecz pierwszy.

 

 

PRZEJECHANE KILOMETRY:

2015 (w jedną stronę) z czego zdecydowana większość przypadła na przelot tanimi liniami lotniczymi. Aeroplan lecący z Gdańska do Bristolu okazał się oczywiście typowym Polakowozem z nietrzeźwymi pasażerami, znudzonym personelem pokładowym i klaskaniem po wylądowaniu, jednak to nie podróż lotnicza dostarczyła największych emocji. Problemów przysporzył mi bowiem szalejący noc wcześniej orkan „Ksawery”, powodując dwugodzinne opóźnienie pociągu, którym miałem dojechać w pobliże lotniska. Całe szczęście, że udało się znaleźć alternatywne połączenia kolei regionalnych, niestety częste przesiadki spierdoliły plan odsypiania w czasie jazdy.

Wypadałoby też wspomnieć, o ostatnim etapie, czyli zorganizowanej przejażdżce busem, ale tu historia jest grubsza i jeszcze przyjdzie na nią czas 😉

 

TICKETS/BILETY:

Tu też temat nie jest prosty. Trzeba zacząć od tego, że cały wypad na angielskie boiska, który uskuteczniłem za namową i w towarzystwie redaktora Rzeźnika, był w zasadzie wykupioną wycieczką, z zakwaterowaniem i przejazdami. Cena obejmowała też oczywiście karnet na mecze i pakiet programów.

Dla klientów indywidualnych również przewidziano wejściówki, w cenie jedynych 6 £. Nie ma jednak w zwyczaju wydawania fizycznego pokwitowania, więc całe szczęście, że mam ten karnet na pamiątkę.

 

SPIKER:

W czasie meczu cisza, a nie zwróciłem uwagi, czy była jakaś zapowiedź przed pierwszym gwizdkiem, bo akurat piłem wtedy piwo w stadionowym pubie.

 

Z PIWEM NA STADION:

Kolejna zagraniczna podróż utwierdziła mnie w przekonaniu, że ten punkt podsumowania ma sens jedynie w Polsce, bo w krajach z normalną kulturą piłkarską powinien być on realizowany w punkcie kolejnym. Chociaż wnieść można, co się chce.

 

CATERING:

Na stadionie funkcjonuje regularny pub, a w zasadzie club house, będący po prostu miejscem spotkań lokalnej społeczności, bo w angielskiej niskoligowej rzeczywistości klub jest nie tylko football ale także social. Można przyjść zagrać w darta albo w bilarda, albo po prostu łyknąć coś ze znajomymi.

Do wyboru kilka gatunków piwa i cydru, herbata z mlekiem też oczywiście znajdzie swoich amatorów. Popróbowałem zarówno miejscowych browarów jak i „jabłecznika” w cenach od 2,80 do 3,20 £, a ponieważ po długiej podróży trzeba było coś przekąsić, wybór padł na chilli & chips (chyba 2,50) czyli frytki z sosem mięsnym, oraz pie za jakieś 2 funty. Całkiem smaczne i bardzo sycące, w sam raz na piwny apetyt.

 

WC:

Skoro była mowa o regularnej knajpie, to i o regularnym zintegrowanym kiblu musi być.

 

TABLICA WYNIKÓW:

Tu z kolei pusto.

 

DOPING MIEJSCOWYCH/ZORGANIZOWANI PRZYJEZDNI:

Kurde, trudno coś napisać, bo obraz zaburzyła wizyta stu kilkudziesięciu groundhopperów biorących udział w imprezie pod nazwą  The Western League Groundhopp, w tym oczywiście nas. Zazwyczaj na takie mecze przychodzi jakieś 50 osób z sąsiedztwa, tym razem na obiekcie naliczono około 220 widzów.

Żywiołu na trybunie to jednak nie spowodowało, bo przybyli woleli przeglądać stare programy meczowe i kupować klubowe odznaki wystawione przez obwoźnych wystawców.

Ewentualnie brać udział w jakichś konkursach, na które i my się załapaliśmy, kupując losy za funta, nie znając zasad i zapominając o rozstrzygnięciu.

 

TEKST MECZU:

– Sometimes we sniff those lines.

Panu bramkarzowi gospodarzy biała kreska linii końcowej przywiodła na myśl także pozasportowe konotacje, asystentowi sędziego chyba też, bo uwaga była rzucona do niego. A może to po prostu angielskie poczucie humoru?

 

OGÓLNA FAJNOŚĆ:

7,5/10.

 

WOLNE WNIOSKI:

Szkoda, że było już ciemno i żadne zdjęcia nie oddają widoku płyty boiska. Murawa to wprawdzie przysłowiowy angielski trawnik, ale ewentualnymi nierównościami i pochyłościami nikt się chyba na wyspach specjalnie nie przejmuje. Stojąc w narożniku, gracza wykonującego rzut rożny po przekątnej widzieliśmy bowiem od kolan. Brytolom nie przeszkadza jednak gra pod górkę, bo piła i tak lata wysoko a na poziomie „zero” to można co najwyżej kosę zarobić. Kurwa, spodziewałem się zobaczyć modelowe kick & rush, ale chyba nie aż tak bardzo, i nie z tak bliska, bo meczu można w zasadzie dotknąć, a jak nie będziecie uważać na latające piłki to on dotknie was.

Infrastruktura generalnie temu sprzyja.

A to był dopiero początek weekendu…