27 kwietnia 2019, godz. 12:00, 22. kolejka wielkopolskiej ligi międzyokręgowej (grupa Kalisz-Konin), Krotoszyn, ul. Sportowa 1.

ASTRA KROTOSZYN – RASZKOWIANKA RASZKÓW 4:0.

MECZ NR: 26/100.

PRZEJECHANE KILOMETRY: 312. Podróż raczej bez historii. Chyba, że nie daj Boże po czasie przyjdzie fotograficzna pamiątka kosztująca kilka stówek. Bądźmy jednak dobrej myśli.

TEMPERATURA: 12 stopni Celsjusza. Po piątkowych 27 stopniach było to doznanie dość szokujące i tylko szczęśliwemu zbiegowi okoliczności w postaci znalezienia w bagażniku zagubionej kurtki zawdzięczamy fakt, że byliśmy jeszcze w stanie pojechać tego dnia na jedno widowisko.

BILETY: 5 zł.

Już same okoliczności zakupu zrobiły nam ten mecz, bo dialog trzech panów strzegących kasetki oraz porządku na wejściu i bramie był absolutnie z gatunku stadionowej klasyki w wykonaniu futbolowych koneserów.

Całości zacytować się nie da, ale drobny fragment jak najbardziej.

– Dzień dobry, można wjechać na młodych?

– Nie.

– To bez sędziego mają grać?

– To co pan od razu nie mówisz, o co chodzi?!

Sędzia ostatecznie wjechał, a gdy jego auto nieco się oddaliło…

– Co un, k…, myśli, że mo na czole napisane, że sędzia?!

Niezmiernie żałujemy, że nie udało nam się obejrzeć meczu w towarzystwie trzech jegomości.

Wracając jeszcze do samych biletów – klub infrastrukturalnie jest też przygotowany do innego sposobu pozyskiwania środków od kibiców.

SPIKER: Jest. Młody człowiek rezydujący w murowanym budyneczku górującym nad jedną częścią trybun.

Na duży plus – hymn klubowy odgrywany podczas wyjścia piłkarzy z szatni na murawę.

CATERING: Brak. Zjedliśmy po meczu „na mieście”. Kotleta wielkości kierownicy od jelcza.

Tak, wiemy, że to nie blog kulinarny, ale nie mogliśmy się powstrzymać.

TABLICA WYNIKÓW: Nie zlokalizowaliśmy.

TOALETA: Tu problemów z lokalizacją nie było. Dużego budynku stojącego niedaleko wejścia nie sposób nie zauważyć. Do środka nie było potrzeby zaglądać.

Tytułem wstępu do porcji naszych spostrzeżeń poczynionych podczas wizyty w Krotoszynie godzi się poinformować, czym jest liga międzyokręgowa, w której rywalizują Astra i Raszkowianka. Jest to twór w obecnym sezonie spotykany tylko w województwie wielkopolskim, będący szóstym szczeblem rozgrywek (licząc od ekstraklasy), usadowionym pomiędzy IV ligą a okręgówką.

Gdy już dostatecznie dopieściliśmy uszy oraz obszary mózgu odpowiedzialne za dobry humor, przysłuchując się rozmowie panów przy wejściu i zajęliśmy miejsce na trybunie, stwierdziliśmy, że jesteśmy chyba w kibicowsko-piłkarskim raju. Mogliśmy bowiem oglądać dwa mecze jednocześnie!

Na głównej płycie grali seniorzy, na bocznej „młodzi”, jak nazwał ich sędzia, który nie miał nic na czole. Część kibiców podzielała chyba nasz entuzjazm.

Choć najwidoczniej nie wszyscy…

Postanowiliśmy skupić się jednak na głównym celu wyprawy, czyli spotkaniu Astry z Raszkowianką. Jeśli chodzi o pierwszych 45 minut, to najbardziej spektakularnym wydarzeniem było lądowanie na placu gry dwóch kaczek tuż po ich zakończeniu.

Po przerwie grano już duuużo lepiej. Piłkarze się rozstrzelali i było już na co popatrzeć. Także posłuchać, bo udało się część drugiej połowy oglądać w towarzystwie pana Mieczysława Dylaka, chodzącej encyklopedii wiedzy o historii Astry. W 2009 roku w publikacji wydanej z okazji 80-lecia klubu, o panu Mieczysławie napisano: „Obecnie dokumenty klubu są starannie prowadzone, przechowywane a pracuje nad tym wieloletni sekretarz Mieczysław Dylak – sumienny, dokładny i odpowiedzialny, trzymający „rękę na pulsie” całej klubowej „roboty papierkowej”. A bieżącą kronikę klubu p. Mieciu ma stale przy sobie w grubym kalendarzu”.

Pana Mieczysława (dzięki niemu dowiedzieliśmy się między innymi, że piłkarzem Astry był kiedyś Mirosław Okoński) poznaliśmy podczas przerwy i tradycyjnego przekazania gospodarzom proporczyka z okazji „100 meczów na 100-lecie PZPN”. Odebrał go prezes klubu Mariusz Ratajczak.

Przy okazji nacieszyliśmy oko kilkoma gadżetami z herbem.

I te kryształowe puchary!

Uwielbiamy takie perełki i doceniamy ludzi, którzy się o nie troszczą. Ciekawe, kto zatroszczył się o zabezpieczenie sektora dla kibiców gości?

Niby wszystko fajnie, ale jednak odczuwamy lekki niedosyt po tym meczu, a jego powodem jest frekwencja. Licha frekwencja, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że w Krotoszynie mieszka prawie 30 tysięcy osób. Na trybunach głównie starsze pokolenie, ale zaznajomione z nowymi technologiami (podczas pierwszej połowy oglądano powtórki gola Filipa Marchwińskiego z meczu Lech Poznań – Legia Warszawa). Brakuje chyba nieco pomysłu jak przyciągnąć ludzi na stadion, czegoś poza plakatami i informacją na Facebooku. Może łatwiej będzie, gdy stadion w Krotoszynie nabierze nowego blasku. Według planów w 2021 nie tylko stadion, ale cała jego najbliższa okolica, czyli tereny wokół jeziora Odrzykowskiego, mają zmienić się diametralnie kosztem ponad 30 milionów złotych. Czekamy, będzie dobra okazja, by tu wrócić i ponownie zobaczyć mecz, a także pierwszy raz jedyne w tej części Europy gliniane dojo, czyli „boisko” do sumo, w której to tradycyjnej japońskiej dyscyplinie Krotoszyn jest polską potęgą. Tym razem się nie udało…