Spóźnione, ale szczere podsumowanie meczu Bizon – Wiar made by wagon pierwszy.

6.5.17, Klasa A podkarpacka, grupa Przemyśl, Bizon MedykaWiar Krówniki 5:1.

 

PRZEJECHANE KILOMETRY:

13 (w jedną stronę). Po poprzednim meczu w Młodowie wróciliśmy na godzinkę do Przemyśla, zjedliśmy z rodziną małe co nieco (no dobra, małe zjadła rodzina, my trochę większe) i ruszyliśmy na wschód, regularnie wyprzedzając rozklekotane busy na ukraińskich rejestracjach. Generalnie droga nie nastrajała optymistycznie. Nie dość, że się chmurzyło, to jeszcze – nie ukrywajmy – okolica Doliny Krzemowej nie przypominała. Zwłaszcza w samej Medyce, już po skręcie z drogi krajowej prowadzącej do granicy (dobrnęliśmy niemal do kolejki oczekującej na odprawę), niedaleko stadionu straszą jakieś popegeerowskie pozostałości. Sam stadion sprawia jednak bardzo przytulne wrażenie. Niemal przyklejony do parku, na jego terenie też sporo zieleni. To lubimy.

 

BILETY & TEKST MECZU:

– Dzień dobry, czy można wjechać i zaparkować na stadionie?

– Można, ale trzeba za to zapłacić cztery złote.

– Z przyjemnością.

Taki dialog ucięliśmy sobie z panem klubowym człowiekiem orkiestrą, strzegącym bramy wjazdowej, sprzdającym bilety i ucinającym sobie żartobliwą pogawędkę z każdym wchodzącym na mecz. Często z petem. Sprzedaż – oczywiście z rąsi do rąsi, bez zbędnej papierologii i biurokracji.

Ale bilety numerowane.

Kto przyszedł na ostatnią chwilę, albo nawet lekko spóźniony, zaoszczędził 4 zł, bo pan człowiek orkiestra opuścił posterunek, zmuszony na klubowych włościach szukać drugiej piłki, bo sędziowie zlokalizowali tylko jedną.

Pan człowiek orkiestra wróci jeszcze w tej relacji w innej roli.

 

SPIKER:

Niestety, nie jako człowiek z mikrofonem. Tego instrumentu akurat mu zabrakło. Nikt inny też się nie kwapił. Cisza w eterze.

 

Z PIWEM NA STADION:

Złowrogi regulamin nie pozostawia wątpliwości.

Ale oczywiście życie życiem… Na naszej części trybun raczono się bardzo umiarkowanie. Na przeciwległej prostej…

…było chyba trochę grubiej, ale wszystko w granicach przyzwoitości.

 

CATERING:

Dobrze, że przyjechaliśmy z pełnym zbiornikiem, bo ani na stadionie, ani w najbliższej okolicy nie było szans kupić nic na ząb.

 

WC:

Zdecydowanie postać meczu.

Gdyby ktoś szukał projektanta i wykonawcy glazury w łazience – wiecie, gdzie szukać.

 

TABLICA WYNIKÓW:

Niestety, nie było, czego – biorąc pod uwagę fantazję i zdolności gospodarzy obiektu – należy bardzo żałować.

 

DOPING MIEJSCOWYCH:

Z naszej strony umiarkowany, choć sędzia zebrał swoją dawkę komplementów. Głośniej i barwniej było naprzeciwko, wprost proporcjonalnie do upływającego czasu i płynów oraz zmiany wyniku.

Ogólnie – było wesoło.

 

ZORGANIZOWANI PRZYJEZDNI:

Obok nas zasiadła czteroosobowa grupka mieszana, ale udzielała się mało dynamicznie. Może dlatego, że dwóch jej członków liczyło po około 75 lat. Za to jeden z nich skrupulatnie prowadził buchalterię w podręcznym notesiku. Chyba miejscowy Wincenty Kadłubek.

 

TEKST MECZU 2:

– Trzeba się napić, może coś się zacznie dziać, bo na razie tylko biegają i skaczą…

Rzekł kibic gospodarzy, otwierając puszkę z wiadomą zawartością. To jest zawsze bardzo słuszna koncepcja, proszę pana.

 

TEKST MECZU 3:

– Marek, co ty mu tam dałeś, że tak od razu zaczął gole strzelać?

– Nie mogę powiedzieć. Tajemnica Poliszynela.

Rzekł pan człowiek orkiestra, tym razem w roli masera. Zniszczył system.

 

OGÓLNA FAJNOŚĆ:

6,5/10.

 

WOLNE WNIOSKI:

Ale nam się meczycho trafiło! Gospodarze przegrywali 0:1, grali 10 na 11 i nic im nie szło, aż tu nagle zrobiło się 5:1 (po drodze była jeszcze czerwień dla pana piłkarza gości).

Trochę tu pociągnęliśmy łacha z pana człowieka orkiestry, ale to pewnie też jego zasługa, że stadion wygląda jak wygląda, więc przede wszystkim zasłużył na wyrazy szacunku. Pamiętajmy o takich ludziach i ich doceniajmy. To prawdziwy krwioobieg polskiej piłki. Bez tych wszystkich społeczników (nie mylić ze społeczniakami :p ) cała ta maszynka już dawno rozleciałaby się w pizdu… Prawda?