Spóźnione, ale szczere podsumowanie meczu Błonianka – MKS made by wagon pierwszy.

4.3.17, IV liga mazowiecka, grupa południe, Błonianka BłonieMKS Piaseczno 1:1. Mecz rozegrano na bocznym boisku stadionu w Piasecznie.

 

PRZEJECHANE KILOMETRY:

45 (w jedną stronę). Nic się od jesieni nie zmieniło – nadal niezawodnie wozi nas nastoletni już produkt francuskiej myśli motoryzacyjnej. Zdecydowaliśmy się na trasę nieco dłuższą, ale za to szybszą. Wybór był jednak z gatunku tych między dżumą a cholerą, bo zamiast jechać na przestrzał przez całą Warszawę, okrążyliśmy ją drogą szybkiego ruchu. Tu i tu wrażeń tyle, co na rybach (choć zatwardziały spinningista wagon trzeci ma pewnie na ten temat odmienne zdanie). Dobrze że chociaż przy okazji po drodze podwieźliśmy żonę i syna goniących za swoimi sprawami i nie dostaliśmy mandatu. Przynajmniej na razie.

 

BILETY:

Niestety – brak.

 

SPIKER:

Ten oto dżentelmen.

Właściwie to nie spiker, a człowiek orkiestra (no dobra – kwartet smyczkowy), bo w przerwach między informowaniem zebranych o boiskowych wydarzeniach (co robi na przyzwoitym poziomie), udziela się jako fotoreporter (tu efektów nie znamy). Bardzo spodobał nam się mikrofon, którego pan spiker używał. Wyglądał jak podprowadzony z obrad komisji śledczej do spraw Amber Gold.

 

Z PIWEM NA STADION:

Się da się i kilku chętnych do raczenia się nektarem kibica w pierwszych nieśmiałych wiosennych promieniach słońca się znalazło. Specjalnie się z tym nie kryli, ale też nie dali powodu, by ktoś się ich niecnym procederem zainteresował. Zachowano umiar i kulturę.

 

CATERING:

W okazałym budynku na terenie stadionu, obok między innymi szatni dla piłkarzy, funkcjonje bar, ale nie byliśmy zainteresowani jego ofertą, bo zaopatrzenia (w tym w nieodłączne ostatnio podczas meczingu pistacje) dokonaliśmy po drodze w sklepie. I chyba dobrze, bo gdy już wracaliśmy po meczu do samochodu, jakiś facet wyniósł z baru frytki, które wyglądały, jakby były smażone w przepracowanym oleju silnikowym, spuszczonym właśnie z kamaza.

 

WC:

W czasie meczu do stojącego między trybunami toi toia mieliśmy w linii prostej trzy metry, ale się nie skusiliśmy, więc nie wiemy, jak było w środku. Nosa jednak nie drażnił. Można też skorzystać z toalety mieszczącej się przy barze, co już z czystym sumieniem możemy polecić. Informacja dla fanów lania pod chmurką – dla chcącego nic trudnego.

 

TABLICA WYNIKÓW:

Nie zaobserwowaliśmy.

 

DOPING MIEJSCOWYCH:

Formalnie gospodarzem była Błonianka, ale mecz rozgrywano w Piasecznie, więc żeby nie wprowadzać zamieszania, za miejscowych uznajemy kibiców MKS-u. Jeśli chodzi o doping – ilości śladowe, mieszczące się w granicach błędu statystycznego. Grupa młodzieży wykazująca potencjał, niestety z niego nie skorzystała. Pewne nadzieje wiązaliśmy też z tą oto grupą dżentelmenów, obok której zasiedliśmy.

Żywo dyskutowano tam o brązowym medalu Piotra Żyły w konkursie na dużej skoczni w MŚ w Lahti („sędziowie go oszukali”), analizowano sprzedaż karnetów na mecze Widzewa, poruszano też tematy polityczne („tylko młodzi powinni głosować, a nie babki i dziodki, co z garnuszka państwa żyją”). Reakcja na wydarzenia boiskowe była jednak stonowana, stosowna do siwej skroni.

 

ZORGANIZOWANI PRZYJEZDNI:

Nie stwierdziliśmy, co nie znaczy, że na pewno ich nie było.

 

TEKST MECZU:

– Ja to sezon na kalesony zamykam z końcem marca, a otwieram z początkiem kwietnia.
Sąsiad z trybuny chyba lubi jak mu ciepło w męskość.

 

OGÓLNA FAJNOŚĆ:

5,5/10.

 

WOLNE WNIOSKI:

Gdy władze NBA zdecydowały kiedyś, że zamiast piłką z naturalnej skóry koszykarze grać będą czymś zrobionym ze sztucznych kompozytów (szybko się z tego wycofano), Shaquille O’Neal powiedział: „Wcześniej czułem się, jakbym obmacywał seksowną striptizerkę, a teraz jakbym dotykał dmuchaną lalkę”. Z nami jest podobnie, jeśli chodzi o naturalne i sztuczne boiska. W Piasecznie grano na sztucznym, mimo że obok odłogiem stał taki oto obiekt.

Po zimie jednak byliśmy tak wyposzczeni, że nawet ta dmuchana lala przesadnie nam nie przeszkadzała. Tym bardziej że gdyby nie ona, pewnie w ogóle musielibyśmy zostać w domu, bo wcale by nie zagrano. Czasami nie ma co wybrzydzać. Znacie pewnie powiedzenie o tym, czego nie robi ten, kto wybrzydza ;P

Łapcie jeszcze kilka obrazków.