Spóźnione, ale szczere podsumowanie meczu Czarni – Zagłębie made by wagon pierwszy.

15.4.17, Klasa A kujawsko-pomorska, grupa Bydgoszcz II, Czarni WierzchosławiceZagłębie Piechcin 5:3.

 

PRZEJECHANE KILOMETRY:

5 (w jedną stronę). Własnym autem w roli kierowcy, z bratem po prawicy. Miał się z nami zabrać jeszcze najstarszy w rodzinie koneser futbolu, czyli nasz tata, ale tak się ociągał z przedświątecznym obiadem, że nie wytrzymaliśmy psychicznie i pojechaliśmy sami. Tata dotarł swoim transportem w 7. minucie. Przy stanie 1:1.

W podróży powrotnej mieli nam z kolei towarzyszyć inny wielbiciel piłki nożnej w lokalnym wydaniu – pan Maryś oraz jego rower. Pan Maryś niedawno po 30 latach odpoczynku od czynnego konsumowania futbolu poszedł pograć z kolegami w piłkę i skończyło się zerwaniem więzadeł w kolanie. Do Wierzchosławic dokulał się z Gniewkowa (gdzie mieszka) na jednośladzie, na ten widok pochwaliliśmy go nawet publicznie za sportowy tryb życia (wcześniej nie był raczej z niego znany). W przerwie zaoferowaliśmy podwózkę, bo domyślaliśmy się, że też będzie się śpieszył na mecz do rodzinnego miasta, a my mamy na dachu auta bagażnik rowerowy. Radości z tej propozycji nie było końca. To znaczy w sumie był. Około 75. minuty dostrzegliśmy, że pan Maryś i jego rower oddalają się z estadio w Wierzchosławicach w bliżej nieokreślonym kierunku. I to raczej rower prowadził pana Marysia, a nie odwrotnie… Ale to jeszcze nie koniec tej historii. Epilog – wprawdzie krótki, ale zawsze – jednak już w relacji z meczu Unia Gniewkowo – Zootechnik Kołuda Wielka. Czyli w swoim czasie 😉

 

BILETY:

Nie prowadzi się dystrybucji. Srogi błąd.

 

SPIKER:

Niestety, nie uatrakcyjnia widowiska. Obrzydzać też nie obrzydza. Po prostu – nie ma. Kiedyś, ale to chyba jeszcze w piątoligowych czasach, puszczano chociaż muzykę przy wychodzeniu piłkarzy na boisko i w przerwie. Teraz każdy sam musiał zadbać, by mu w duszy grało.

 

Z PIWEM NA STADION:

Pytaj dzika, czy sra w lesie… Tak sobie nawet podczas meczu pomyśleliśmy (zdarza nam się w chwilach słabości, ale nie polecamy), że jeśli jakimś fatalnym zbiegiem okoliczności kiedyś na całym świecie wyruguje się chlanie ze stadionów, Wierzchosławice będą ostatnim bastionem, broniącym tej chlubnej tradycji do ostatniej kropli. Krwi i alkoholu.

 

CATERING:

Na stadionie nic, ale tuż obok znajduje się przybytek (nie)miły wątrobie każdego kibica. Trzeba jednak obrać dobrą strategię, bo chętnych do zaopatrzenia mnogo, więc można utknąć w kolejce.

 

WC:

Do ogólnego dostępu publicznego nie przewidziano. W oczekiwaniu na sezon na kukurydzę trzeba ratować się w krzakach za jedną z bramek. Ewentualnie pozostaje liczyć, że ktoś wpuści do szatni lub – jak my – mieć zaszczyt dostać zaproszenie do… mieszkania w bloku obok boiska. Nie było konieczności skorzystania, ale jeszcze raz dziękujemy.

 

TABLICA WYNIKÓW:

Chyba by się gryzła z otoczeniem.

 

DOPING MIEJSCOWYCH:

Na oko frekwencja nawet powyżej i tak niezłej średniej, ale nie przełożyła się na popisy wokalne czy krasomówcze.

Raczej spokojnie przyjmowano to, co się działo na boisku. Chyba – jak to w okresie świątecznym bywa – poziom majonezu we krwi nieco spowolnił kibicowskie zapędy.

 

ZORGANIZOWANI PRZYJEZDNI:

Do Piechcina chyba majonezu nie dowieziono, a przynajmniej do sklepu, w którym zaopatruje się jeden z tamtejszych wielbicieli piłki kopanej. Ów młodzieniec postawił na środki rozjuszające. Udało nam się uwiecznić dla potomności jego szarżę (a raczej jej próbę). Uważnie śledzący nas na Facebooku przez kilka godzin mieli okazję się z nią zapoznać. Po lamentach kilku niewiast zgodziliśmy się zaniechać rozpowszechniania wstydliwego chyba dla bohatera występku. Miał chłopina szczęście, że towarzysze zachowali trzeźwość umysłu i w porę go ewakuowali, bo wiele nie brakowało, by zmartwychwstanie Chrystusa świętował z przekopanym ryjem…

Była też jednak całkiem liczna grupka znacznie spokojniejszych fanów Zagłębia.

Aktywni tylko po golach swoich ulubieńców, ale zawsze.

 

TEKST MECZU:

– Kaman ewrybady!

Najsłynniejszy kibic Zagłębia do kibiców Czarnych tuż przed ostateczną ewakuacją ze stadionu, stojąc już jedną nogą w lekko stuningowanym volkswagenie golfie, kilkadziesiąt metrów od adresatów zaproszenia. Klasyczna ucieczka z odgrażaniem.

 

OGÓLNA FAJNOŚĆ:

8/10.

 

WOLNE WNIOSKI:

Bardzo lubimy bywać na meczach w Wierzchosławicach. Widowisko piłkarskie i cała jego otoczka – zawodnicy, kibice, infrastruktura – to tutaj jedność, spójna całość, dobrze naoliwiona maszyna, zdrowy organizm. I zawsze potężna dawka energii bijąca z boiska na trybunę i w drugą stronę. Tu wszystko, co się dzieje, wydaje się naturalne, na swoim miejscu, potrzebne. A jeśli jeszcze trafi się na taki wyśmienity mecz jak ten – gdzie gol i trup na boisku (na trybunach prawie też) słał się gęsto – to już w ogóle palce lizać.

No to jeszcze dwie fotki na pożegnanie.