Spóźnione, ale szczere podsumowanie meczu Dąb – Drukarz made by wagon pierwszy.

13.5.17, Liga okręgowa mazowiecka, grupa Warszawa I, Dąb WieliszewDrukarz Warszawa 1:4.

 

PRZEJECHANE KILOMETRY:

14 (w jedną stronę), jak zwykle w roli szofera, z następcą tronu na pokładzie. Tak się niestety nieszczęśliwie złożyło, że to wiosna (a nie zima) zaskoczyła kierowców (a nie drogowców). Otóż okazało się, że nie działa nam w aucie klimatyzacja, a to dla nas podstawowy element jego wyposażenia. Wyrzucilibyśmy na śmietnik, ale traktujemy go już trochę jak członka rodziny, a syna przecież też nie oddaliśmy do domu dziecka, gdy nie umiał jeszcze korzystać z toalety.

Z kilometrówki dałoby się urwać ze dwa, ale woleliśmy ciut nadrobić niż przy wyjeździe z Legionowa smażyć się korku wśród warszawiaków sunących nad Zalew Zegrzyński w pierwszy prawdziwie wiosenny weekend. No i tą krótszą drogą trzeba przejechać obok Centrum Szkolenia Policji 🙂

 

BILETY:

Brak, co – biorąc pod uwagę położenie stadionu, umożliwiające swobodne oglądanie spotkań zza płotu – może wydawać się zrozumiałe. Ale nie dla nas. Znacie nasze stanowisko. Jest mecz, bilet musi być.

 

SPIKER:

Niestety, tu również nie mamy dobrych wieści. Ktoś nas pytał w czasie meczu, czy na stadionie jest DissBlaster, więc wnioskujemy, że ulubieniec internetów może gdzieś w okolicy mieszkać. Może więc, szanowny panie, następnym razem jakaś spikerka w ramach happeningu i zasady „support your local team”?

 

Z PIWEM NA STADION:

Coś tam było.

Królewskie rządzi, ale widziani byli też przedstawiciele innych marek. Wnoszono bez przeszkód, używano grzecznie i z umiarem. To nam się podoba.

 

CATERING:

Jeśli ktoś ze słodyczy najbardziej poważa golonkę, to nie za bardzo. Jeśli jednak ktoś lubi meczing połączyć z małym lodzikiem – w Wieliszewie ma do tego wymarzone warunki. Przynajmniej wiosną i latem.

 

WC:

Szeroko zakrojonych poszukiwań nie prowadziliśmy, a na pierwszy rzut oka nic nie widać. Z warunkami plenerowymi też jest mały kłopot. Trzeba więc szukać ratunku w budynku z szatiami, przylegającym do hali sportowej, tworzącej z boiskiem i placem zabaw jeden kompleks. Na szczęście nie byliśmy zmuszeni.

 

TABLICA WYNIKÓW:

Nie stwierdzono.

 

DOPING MIEJSCOWYCH:

Brak. W ogóle atmosfera senna, a najwierniejszy z wiernych wsiadł na rower i pojechał do domu już w 35. minucie, gdy goście strzelili trzeciego gola. Ani grupka koneserów, ani młodzież nic z siebie nie wykrzesała. Zainteresowania nie wzbudził nawet czarnoskóry piłkarz Drukarza, a to przecież taka postać w drużynie gości to zwykle gwarancja – zdrowego czy nie, ale zawsze – poruszenia wśród kibiców gospodarzy.

 

ZORGANIZOWANI PRZYJEZDNI:

Kilka osób klaskało po golach Drukarza, więc delegacja się pojawiła, lecz bez żadnych akcesoriów kibicowskich. Gardła też odpoczywały.

 

TEKST MECZU:

– Najważniejszego człowieka w drużynie dziś nie ma.

– Kogo?

– Kierownika. W pracy musi być.

– A od kiedy, kurwa, on się pracy podjął?

– Ale byś go widział, jak się dowiedział. Łzy w oczach!

I to jest prawdziwy kierownik!

 

OGÓLNA FAJNOŚĆ:

3,5/10.

 

WOLNE WNIOSKI:

Różne okoliczności spowodowały, że w ostatni weekend mogliśmy być tylko na meczu tylko w sobotę o 11. Wybór nie był wielki, ale jak się później dowiedzieliśmy, że Marymont Warszawa grał o tej samej godzinie na swoim głównym boisku, to prawie usiedliśmy i zapłakaliśmy, że przyjechaliśmy, gdzie przyjechaliśmy… No nie ma atmosfery w Wieliszewie (a byliśmy już chyba trzeci raz, więc jakąś próbkę statystyczną już mamy), stadion też jakiś taki jałowy… Tragedii nie było, bo słoneczko przygrzewało, a i piłkę panom piłkarzom zdarzyło się nawet kilka razy kopnąć tak jak chcieli, ale znajomym polecać nie będziemy.