Spóźnione, ale szczere podsumowanie meczu Dolcan – MKS made by wagon pierwszy.

13.10.17, IV liga mazowiecka, grupa Północ, Dolcan Ząbki – MKS Przasnysz 1:1.

 

PRZEJECHANE KILOMETRY:

17 (w jedną stronę), jak w miażdżącej większości przypadków – samochodem w roli kierowcy. Dałoby się coś pokombinować z komunikacją miejską i podmiejską, ale jeśli możemy sobie życie ułatwić zamiast komplikować, to chętnie i zdecydowanie sięgamy po takie rozwiązanie. Wprawdzie wyjazd z Warszawy w piątek około 18 do najbardziej relaksujących czynności zwykle nie należy, ale tym razem poszło nadspodziewanie gładko.

 

BILETY:

Dla nas 10 zł. Są jednak warstwy uprzywilejowane.

Cały czas wydawane są zapasy z całkiem niedawnych chwil chwały gospodarzy Dolcan Areny.

Cała prawda o polskiej piłce. Dwa ruchy długopisem albo innym flamastrem i z I ligi robimy IV.

A Dolcan Arena? Hmm… Choć zdecydowanie lepiej czujemy się na obiektach w typie pastwiska niż na tych gotowych do goszczenia finału Ligi Mistrzów, to uczciwie przyznamy, że dobrze się tu ogląda mecze, no i jesiennym wieczorem prezentuje się całkiem, całkiem.

 

SPIKER:

Jest.

Głos radiowy, nagłośnienie doskonałe. Poprawny aż do bólu. Cholera, no nie ma się do czego przyczepić…

 

Z PIWEM NA STADION:

Przy wejściu groźnie wyglądająca para ochroniarzy obu płci, ale ich zainteresowania ograniczają się do przedarcia biletu. To jednak nie oznacza wolnoamerykanki, bo na stadionie w najlepsze hula monitoring, w dodatku w punkcie jego obsługi w czasie meczu urzędowały dwie osoby, więc z ostentacyjnym opróżnianiem flaszek na trybunie byśmy uważali. Spokojnie jednak da się zaszyć w ustronnym miejscu. Chyba że ktoś przychodzi na mecz już zaszyty, wtedy ze spożywaniem alkoholu nie ma żadnego problemu 😛

 

CATERING:

Legendarne hot-dogi z pierwszoligowych czasów wspominaliśmy już kilka razy, ale nie możemy sobie odmówić tej przyjemności i zrobimy to znów.

Wielkich nadziei na reaktywację nie mieliśmy, ale jednak gdy zbliżaliśmy się do miejsca, w którym je serwowano, serce zaczęło bić nieco szybciej, a żołądek intensywniej wydzielać soki trawienne.

Niestety…

Wprawdzie na stadionie można się posilić, w dodatku zapewne całkiem przyzwoicie…

… ale to chyba nie jest opcja, której szuka zdecydowana większość konsumentów widowisk piłkarskich.

 

WC:

Tu akurat zachowano pierwszoligowe standardy. Ciepło, jasno, czysto, schludnie.

 

TABLICA WYNIKÓW:

Też znana od lat, ustawiona za jedną z bramek. I – wbrew temu, co pokazuje nasze wymuskane zdjęcie – bardzo wyraźnie pokazująca nazwy zespołów, czas gry i wynik.

 

DOPING MIEJSCOWYCH:

Gdy po rozwinięciu flag około 25. minuty zaczęli od gromkiego „Zawsze i wszędzie” (wiadomo, kto i co), byliśmy już pewni, że będzie dobrze.

I było. Dopingowali bez dłuższych przestojów do końca meczu, pozdrowili Olimpię Warszawa i Mazura Radzymin. Kumulacja nastąpiła na początku drugiej połowy.

Czuć było energię i pozytywną zajawkę. Nie sądzimy, by ktoś krzyczał pod groźbą potencjalnego masowania twarzy wykonanego przez kolegę z młyna. Raczej lubią to i chcą.

 

ZORGANIZOWANI PRZYJEZDNI:

Brak. Tylko pojedynczy przedstawiciele przasnyskiej koneserki.

 

TEKST MECZU:

– Przyspieszył moją decyzję.

Pan koneser sympatyzujący z Dolcanem, wychodząc na fajkę w 43. minucie po golu dla gości.

 

OGÓLNA FAJNOŚĆ:

5/10.

 

WOLNE WNIOSKI:

Mecz sezonu (ani nawet weekendu) to nie był, ale obejrzenie przyzwoitego piro i posłuchanie historii o starych karabinach (nawet ósmy raz tych samych) autorstwa napotkanego przypadkowo pana Waldemara, to mimo wszystko nie są najgorsze piłkarskie okoliczności. Szkoda tylko, że na stadionie – w porównaniu z pierwszoligowymi czasami – pustki. Widocznie ludzie nie chodzili wtedy na Dolcan, ale w oczekiwaniu na widowisko. Naiwniacy…