Spóźnione, ale szczere podsumowanie meczu FC – Milan made by wagon pierwszy feat. wagonik.

30.8.17, Klasa A mazowiecka, grupa Warszawa IV, FC PłochocinMilan Milanówek 1:8. Mecz rozegrany w Milanówku.

 

PRZEJECHANE KILOMETRY:

46 (w jedną stronę), autem w roli kierowcy. Na raty. Najpierw mozolnie w godzinach szczytu musieliśmy się wydostać z tak zwanego warszawskiego Mordoru i chyba tylko perspektywa rychłego skonsumowania widowiska piłkarskiego spowodowała, że wkurwienie nie rozsadziło nas od środka. Następnie było już nieco przyjemniej (choć też bez szału), aż do chwili, gdy zajechaliśmy na stadion w Płochocinie i zobaczyliśmy, że na tym jakże malowniczym obiekcie możemy zobaczyć co najwyżej trening kilkuletnich żbików. Całe szczęście, że prowadzący zajęcia był co do miejsca rozgrywania interesującego nas spotkania znacznie lepiej poinformowany niż my i życzliwie pokierował nas do Milanówka. Bóg futbolu czuwał, bo nie zmitrężyliśmy całego zaplanowanego na podróż czasu na wąchanie spalin w warszawskich korkach i zdążyliśmy pokonać niespełna 15-kilometrową odległość przed pierwszym gwizdkiem. Podróż z przygodami.

 

BILETY:

Nic z tego. Kolekcja (a właściwie puszka, do której wrzucamy wszelakie zdobycze) ani drgnęła.

 

SPIKER:

Warunki infrastrukturalne wymarzone.

Nic, tylko wetknąć wtyczkę od mikrofonu do gniazda i nawijać. Niestety, pan opiekujący się sprzętem (ale to nie ten na zdjęciu) nie był zainteresowany wykorzystaniem pełni jego możliwości. Pewną okolicznością łagodzącą ten skrajny przejaw ignorancji niech będzie jednak fakt, że przynajmniej muzykę puszczał niewywołującą więdnięcia naszych uszu.

 

Z PIWEM NA STADION:

Dawno nie mieliśmy tylu wątpliwości podczas próby odpowiedzi na to pytanie. Niby wchodząc na stadion można wnieść ze sobą nawet karabin maszynowy, ale nikogo opróżniającego butelkę czy puszkę naszym bystrym i wścibskim okiem nie ustrzeliliśmy. Bardzo więc możliwe, że taka próba skończyłaby się próbą linczu, a przynajmniej ostracyzmem społecznym.

 

CATERING:

Jak na Serie A – wzór. Tuż obok trybuny kiosk z zimnymi i ciepłymi napojami, hot-dogami, słodyczami, lodami i innymi czipsami.

Maciej Terlecki chyba jednak na nic się nie skusił.

My też nie. Przyjechaliśmy z własną wałówką.

Za to pan wagonik przyjął loda i bardzo sobie chwalił.

 

WC:

Z cateringu nie skorzystaliśmy, za to z ustępu jak najbardziej.

Mimo naszej wrodzonej złośliwości złego słowa powiedzieć nie możemy. Napisać też nie.

 

TABLICA WYNIKÓW:

Cudo. Gdy okazało się, że mecz odbywa się w Milanówku, a nie w Płochocinie, nawet zbytnio nie rozpaczaliśmy (a zdecydowanie od meczu w miejscu, w którym byliśmy, wolimy odkrywać nowe zakątki futbolowej Polski). Niecałe dwa lata temu tablica prezentowała się następująco:

I nic się nie zmieniła.

Chyba zaczniemy takie produkować i sprzedawać :p

 

DOPING MIEJSCOWYCH & ZORGANIZOWANI PRZYJEZDNI:

Żeby uniknąć zamieszania związanego ze zmianą miejsca rozgrywania meczu (czyli goście to tak naprawdę gospodarze i na odwrót) wrzucamy do jednego worka. Zwłaszcza, że mianownik wspólny. Słabiutko. Trochę oklasków po golach i to by było na tyle. Inna sprawa, że przebieg wydarzeń na murawie do namiętnych porywów raczej nie prowokował.

 

TEKST MECZU:

– Tato, przepraszam, ale muszę zadać to pytanie: Co to jest?

Bywają w życiu rodzica chwile, w których może tylko bezradnie rozłożyć ręce, ale w życiu nie spodziewaliśmy się, że jedną z nich przeżyjemy na meczu w Milanówku.

Jakieś koncepcje?

 

OGÓLNA FAJNOŚĆ:

6/10.

 

WOLNE WNIOSKI:

Za małolata, w czasach Marco van Bastena, Franka Rijkaarda i Demetrio Albertiniego śniliśmy o wizycie na meczu Milanu w Serie A. Życie jest piękne. Marzenia się spełniają.