Spóźnione, ale szczere podsumowanie meczu Fotbal – FC made by wagon pierwszy (feat. wagon trzeci).

20.4.18, czeska Dywizja 2 (II poziom), FK Fotbal TrzyniecFC Vitkovice 0:0.

 

PRZEJECHANE KILOMETRY:

446 (w jedną stronę), oczywiście niezawodnym oficjalnym pojazdem PdF, jeszcze wtedy nieuszkodzonym przez szanowną małżonkę. Pierwsze 400 km to podróż do Szczyrku, gdzie mieściła się nasza baza wypadowa na weekend (jak będziecie szukać tam noclegu, to dajcie znać, polecimy, bo trafiliśmy znakomicie). Po sprawnym zakwaterowaniu i rekonesansie ruszyliśmy przez Wisłę do Czech. Kapitalna podróż. Serpentyny, widoczki, słońce. Bajka. No i trafiliśmy bez problemu, co z jednej strony sprawę znacznie upraszcza, ale z drugiej – jakieś pytanie o drogę autochtona przed samą metą z dużą doza prawdopodobieństwa historię podróży by ubarwiło.

 

BILETY:

50 koron, czyli mniej więcej 8 zł.

Bardzo nam się podoba i dizajn, i cena. Zwłaszcza, że płacił wagon trzeci 😛

Mamy też zdjęcie kasy, ale zostawimy sobie na zaś. Może wkrótce reanimujemy dogorywający w zapomnieniu cieszący się kiedyś ogromnym niezainteresowaniem na naszym Facebooku cykl „Bo to co nas podnieca, to się nazywa kasa”.

 

SPIKER:

W tę jakże zaszczytną rolę wcieliła się niewiasta. Szło jej wartko, głos dobry, sprzęt nagłaśniający też. Jak na szowinistyczne świnie powinniśmy rzecz jasna ocenić także inne walory pani z mikrofonem (albo choćby o nich Państwa absolutnie obiektywnie poinformować), ale niestety, pani sprytnie rezydowała w takim miejscu, że nie mogliśmy się z tymi walorami własnoocznie zapoznać.

 

Z PIWEM NA STADION:

Można, przy wejściu nikt nikogo o nic nie pytał, ale to pewnie dlatego, że w czeskiej wyobraźni nie mieści się hipotetyczna okoliczność, w której ktoś wchodzi na mecz ze swoim piwem w sytuacji, gdy za chwilę na stadionie może w przystępnej cenie do woli kupić najlepszy browar na świecie.

 

CATERING:

Do wyboru, do koloru.

Piweczko kapitalne (pozwoliliśmy sobie jedno szybko przed meczem wychłeptać, coby na legalu wsiąść z powrotem za kółko). Czeskiej stadionowej kuchni nie skosztowaliśmy, ale wagon trzeci wpierdzielał aż mu się uszy trzęsły, więc chyba nie karmili najgorzej.

 

WC:

Bardzo w porządku. I choć wolimy porcelanę od stali kwasoodpornej, nie będziemy narzekać.

 

TABLICA WYNIKÓW:

Obecna. Niestety uparcie pokazywała wynik 0:0 i za cholerę nie chciała się dać przekonać do ustępstw w tej materii.

 

DOPING MIEJSCOWYCH:

Około 20 osób.

Doping bardziej piknikowy niż ultrasowski, ale zupełnie nam to nie przeszkadzało. Najważniejsze, że wprowadzali ożywienie na trybunie.

No i mieliśmy okazję poznać naszego ulubionego czeskiego kibica.

A gdyby komuś piweczko za bardzo smakowało i na chwilę stracił kontakt z rzeczywistością, wystarczyło spojrzeć na kilku panów w najbliższym sąsiedztwie, by błyskawicznie poznać, w jakim kraju się znajdujemy.

 

ZORGANIZOWANI PRZYJEZDNI:

Około 10 osób w klatce. Mieli też coś na kształt sektorówki, ale nie dało się przejść na drugą stronę boiska, by podejrzeć, co na niej napisano/wymalowano.

 

TEKST MECZU:

– My ne wideli ani jednu bramku.

Nawet taka wiadomość wygłoszona w języku czeskim potrafi zmusić do uśmiechu niejednego stadionowego ponuraka. A wygłoszona przez panią spiker to już w ogóle.

 

OGÓLNA FAJNOŚĆ:

7/10.

 

WOLNE WNIOSKI:

Mocno generalizując, najczęściej Polacy zupełnie nie wiedzieć dlaczego patrzą na południowych sąsiadów z góry. Jeśli jednak chodzi o dystans do życia, samych siebie, podejście do piłki jako zjawiska społecznego z całą jej otoczką oraz infrastrukturę sportową – możemy się od nich dużo nauczyć. I się tego nie wstydźmy.