Spóźnione, ale szczere podsumowanie meczu GKS – Unia made by wagon pierwszy.

14.4.18, liga okręgowa kujawsko-pomorska, grupa II, GKS Baruchowo – Unia Gniewkowo 0:1.

 

PRZEJECHANE KILOMETRY:

78 (w jedną stronę), z poprzedniego meczu w Wyszogrodzie. Czasu między jednym a drugim mieliśmy w cholerę, więc nieśpiesznie snuliśmy się prowincjonalnymi mazowieckimi drogami, które – niestety – w wielu fragmentach należałoby nazwać raczej bezdrożami. Korzystając z okazji zajrzeliśmy na stadion Błękitnych Gąbin i gdybyśmy mieli notes, w którym zapisywalibyśmy kolejne cele meczowych wypraw, zostałby on w nim podkreślony grubym flamastrem. Bardzo w naszym typie. Zdjęć celowo nie zrobiliśmy, żeby była motywacja, by tam wrócić, ale już na mecz.

 

BILETY:

Brak. Za to organizatorów w temacie produkcji pamiątki dokumentującej obecność na meczu po części wyręczyli… sędziowie. Przed spotkaniem wręczyli przedstawicielom obu drużyn okolicznościowy druczek.

Inicjatywa panów Roszyka, Szkodzińskiego i Ardanowskiego z Torunia godna propagowania.

PS. Palec nie nasz.

 

SPIKER:

Miejscowi nie zapewnili. Czasem za zespołem Unii jeździ rezydent jej stadionu, pan Grzegorz (byliśmy nawet na meczu, na który przywiózł drużynę), ale tym razem gniewkowski Szpakowski do Baruchowa nie przybył.

 

Z PIWEM NA STADION:

Oczywiście, zwłaszcza po meczu.

W trakcie również, z czego delegacja z Gniewkowa ochoczo skorzystała, choć tym razem obyło się bez przypadków, które roboczo nazywamy „wynik z gazety”. Po zakończeniu spotkania wszyscy zeszli ze stromej trybuny o własnych siłach i w pełni (nooo, może nie do końca) władz umysłowych. Co – biorąc pod uwagę prawie 90 km, które trzeba było pokonać, by dotrzeć do Baruchowa – jest wyczynem nad wyraz chwalebnym.

Z korzystaniem radzimy się jednak nie obnosić. Przy trybunie stacjonowali bowiem w radiowozie obrońcy porządku i choć nie wyglądali na takich, których zawodową ambicją jest zatruwanie życia spożywającym, to jednak nigdy nic nie wiadomo.

Dla porządku dodamy jeszcze, że my przyjęliśmy jedno bezalkoholowe.

 

CATERING:

Na samym stadionie nie, ale tuż przy wejściu do kompleksu sportowego, którego jest częścią, w najlepsze funkcjonuje taki oto przybytek:

 

Przyjęcia z ambasadorem byśmy tam pewnie nie zorganizowali (chyba że z Panem Ambasadorem, wtedy to co innego), ale niech was pierwsze wrażenie nie zmyli. Lokal karmi szybko, tanio i smacznie.

Całe 9 złotych za taką przyjemność. Czego chcieć więcej na meczu ligi okręgowej?

 

WC:

Ciężko. Musieliśmy się salwować przedmeczową ucieczką do szatni zaprzyjaźnionych gości, gdzie trener akurat przedstawiał zespołowi podstawowy skład. Wiele nie brakowało, z musielibyśmy 90 minut biegać na wahadle 😛

A tak już trochę bardziej poważnie – znów przekonaliśmy się, że nie wszystko złoto, co się świeci. Bo o ile z zewnątrz trybuna – jak na ligę okręgową i fakt, że stoi w miejscowości liczącej około 700 mieszkańców – wygląda dość imponująco…

… to w środku już niekoniecznie…

 

TABLICA WYNIKÓW:

Jest! Do wielkości i jakości nie mamy najmniejszych zarzutów.

Nieśmiało pozwolimy sobie jednak zauważyć, że mogłaby być czynna.

 

TEKST MECZU & DOPING MIEJSCOWYCH:

– Dużo kibiców u was przychodzi?

– Prawie nikt. W pierwszym sezonie w okręgówce jeszcze trochę było, ale teraz to bardzo mało.

Pan prezes GKS-u nawet nie próbował nas czarować, że niby zawsze tłum, ale dziś akurat wszyscy na imieninach szwagra…

Jego słowa się potwierdziły. Uczciwie jednak przyznamy, że ci fani miejscowych, którzy na mecz się sensacyjnie pofatygowali, na futbolu zęby zjedli.

 

ZORGANIZOWANI PRZYJEZDNI:

Mobilny Sektor C w wysokiej formie. Zwłaszcza jego koneserska część. Ogółem około 30 osób.

 

OGÓLNA FAJNOŚĆ:

8,5/10.

 

WOLNE WNIOSKI:

Jeśli zimą będziemy sobie wizualizować, jak to zajebiście będzie wiosną, bo znów będzie można pojechać na mecz, to jest duża szansa, że przed oczami będziemy mieć właśnie ten. Wszystko się pięknie poskładało. Życzymy każdemu.