Spóźnione, ale szczere podsumowanie meczu GKS – KS II made by wagon pierwszy.

4.11.17, Klasa B mazowiecka, grupa Radom II, GKS ChynówKS II Stara Błotnica 1:0. Mecz rozegrano w Drwalewie.

 

PRZEJECHANE KILOMETRY:

70 (w jedną stronę), oczywiście jako kierowca kupionego wiele lat temu za owoce własnej krwawicy samochodu osobowego marki Peugeot. Trasa? Głównie dwupasmówką, generalnie – nic ciekawego. Poza samą końcówką. Bo żeby dojechać na boisko (wcześniej musieliśmy poprosić o wskazówki miłą panią wieszającą pranie przed posesją, bo oczywiście źle skręciliśmy) trzeba się przedrzeć przez klimatyczne osiedle, wybudowane kilkadziesiąt lat temu (na nasze oko to jeszcze przed II wojną światową) dla pracowników prężnie wówczas działającej fabryki leków dla zwierząt Biowet. W życiu byśmy się takiej architektury w niewielkiej miejscowości nie spodziewali. Specyficzny klimat, ale mieszkańcom chyba nie ma czego zazdrościć. Po zmianach ustrojowo-gospodarczych prawie 30 lat temu Biowet przeszedł w prywatne ręce i zamiast około 600 pracownikom dziś daje chleb mniej więcej setce. No i przede wszystkim – z puntu widzenia Pociągu do Futbolu – padł na ryj finansowany przez fabrykę klub (jeśli dobrze usłyszeliśmy kreślącego nam pobieżnie dzieje miejscowego kibica, nazywał się Biowet Drwalew). Ale wielka piłka do Drwalewa wróciła, choć pod szyldem GKS-u z oddalonego o trzy kilometry Chynowa.

I znakomicie. Szkoda zmarnować taki potencjał.

 

BILETY:

Niestety. Jedynymi wymiernymi pamiątkami z pobytu w tym pięknym miejscu będą ten wpis oraz kilka zdjęć.

 

SPIKER:

Brak, choć jeden z szacownych kibiców gospodarzy zajechał na stadion z tyloma gadżetami, że gdyby wrzucił jeszcze na pakę mikrofon, wzmacniacz, głośnik i agregat prądotwórczy, to pewnie by nawet nie poczuł różnicy.

Chyba że prosto z ryb wracał, ale wędki zgubił.

 

Z PIWEM NA STADION:

Oczywiście. Klimat do tego procederu wyborny. Zacięty mecz na wyciągnięcie ręki, wokół mnóstwo zieleni (nawet o tej porze roku), murawa klasyczne Kęp Nou i trybuny idealnie skrojone pod prawie dwumetrowego i stukilowego chłopa, na jakiego byliśmy łaskawi wyrosnąć (ale na zdjęciu to nie my).

My niestety nie mogliśmy położyć szyszki chmielu na tym pysznym torcie, ale byli tacy, którzy rzucili nawet kilka.

 

CATERING:

Wszystko, co mamy zamiar wprowadzić w siebie podczas meczu, musimy przytargać ze sobą. Najbliższy sklep działa przy skręcie z głównej drogi w osiedlówkę prowadzącą na stadion, ale nie da się chyba dwa razy pokonać tej odległości i jeszcze w międzyczasie zrobić zakupy w przerwie. Zwłaszcza, że w meczu, który mieliśmy zaszczyt oglądać, trwała osiem minut.

 

WC:

Godne największych widowisk piłkarskich.

Tyle tylko, że zatraciło swoje pierwotne przeznaczenie i z kibla przepoczwarzyło się w budynek gospodarczy, gdzie składuje się strategiczne zapasy wapna oraz magiczną maszynę do usypywania z niego linii, a także miejsce uzewnętrzniania artystycznych uniesień miejscowych mistrzów farby w szpreju. Niestety, efektów tych działań pokazać nie możemy, bo jeszcze nam bloga zamkną za szerzenie treści nazistowskich albo nawoływanie do Bóg wie czego. A szkoda by było…

 

TABLICA WYNIKÓW:

Niestety, jej pan kibic gadżeciarz też na meczyk nie zabrał.

 

DOPING MIEJSCOWYCH:

Klasyka Ósmej Ligi Mistrzów. Tu ktoś przeklął, tam ktoś rzucił taktyczną poradę, tu znów ktoś przeklął, a później jeszcze ktoś przeklął. Głównym doradcą był chyba kontuzjowany piłkarz gospodarzy, ale z kilku innych młodych piersi też się to i owo wyrwało. A gdy w końcówce na boisku zaiskrzyło, z przeciwległych flanek ze wsparciem ruszyło dość chwiejnym i przez to mniej żwawym krokiem dwóch jegomościów. Ale nie zdążyli oferowanej słownie pomocy przekuć w czyny. Może to i lepiej.

 

ZORGANIZOWANI PRZYJEZDNI:

Tak, choć nie tego rodzaju najazdu się spodziewaliśmy. Za gośćmi chyba nikt nie przybył, za to w poszukiwaniu wielkiej piłki już tak. Świat jest jednak jeszcze mniejszy, niż się spodziewaliśmy. W Drwalewie spotkaliśmy bowiem naszego byłego kolegę z pracy (to znaczy byłego z pracy, bo kolegą jest nadal) na czele (bo tak chyba możemy określić kierowcę wesołego wehikułu) łącznie pięcioosobowej ekipy, która miała podobny do naszego pomysł na spędzenie prawie całej soboty i dołożyła solidną cegłę do stadionowej frekwencji. Pjona, panowie!

 

TEKST MECZU:

– A ty czemu nie grasz?

– Ja to jeszcze trochę nie pogram.

– A czemu?

– Głowa nie pozwala.

Grunt to świadomość własnych niedoskonałości.

 

OGÓLNA FAJNOŚĆ:

6/10.

 

WOLNE WNIOSKI:

Klasyka Serie B w najlepszym wydaniu. Nasze dobro narodowe. W dodatku udało się jeszcze chwycić nieco słońca, co – znacie nas – nie jest bez znaczenia przy odbiorze widowiska. Żyć, nie umierać.

I przede wszystkim pamiętajcie, że sport to zdrowie!