Spóźnione, ale szczere podsumowanie meczu Gladiator – Orlęta made by wagon pierwszy.

23.4.17, Klasa B mazowiecka, grupa Ciechanów, Gladiator Słoszewo – Orlęta Baboszewo 2:1.

 

PRZEJECHANE KILOMETRY:

64 (w jedną stronę). Samolot nam uciekł, więc byliśmy zmuszeni siąść za kółkiem :p Zdecydowana większość trasy wiodła doskonale nam znaną dwupasmową drogą ekspresową, więc chwil ulotnych jak ulotka tym razem nie złapaliśmy zbyt wielu, ale narzekać nie będziemy. Bardziej niż na podziwianiu piękna budzącej się do życia przyrody oraz wytworów cywilizacji zależało nam na czasie, więc poskładało się idealnie. A sielsko-anielsko było na meczu. Wystarczy.

 

BILETY:

Nie sprzedawano i – biorąc pod uwagę położenie stadionu oraz brak ogrodzenia – raczej trudno byłoby przeprowadzić akcję „bileciki do kontroli”. My jak zwykle żałujemy, żałować mogą też organizatorzy, bo było od kogo kasować.

Samochodów też się nazjeżdżało jak na giełdę do Słomczyna na początku lat 90.

 

SPIKER:

Niestety, na tej linii frontu też braki, ale tego się spodziewaliśmy, więc żałoby narodowej ani nawet końca kariery ogłaszać nie będziemy. Do bojkotu też nawoływać nie zamierzamy. Co oczywiście nie zmienia faktu, że fachowiec (a jeszcze lepiej pseudofachowiec) z mikrofonem dodałby temu i tak bardzo spektakularnemu widowisku dodatkowego wymiaru.

 

Z PIWEM NA STADION:

Absolutnie i niepodważalnie. Na początku, wiadomo – raczej degustacja. Chyba niedzielne rosół i schabowy musiały się ułożyć. Ale już w przerwie w sektorze gospodarzy podjęto bardziej zdecydowane kroki. Kratka wjechała.

Kilka osób miało małe kłopoty z wytrzymaniem kondycyjnym trudów spotkania, choć nie aż tak, by kogoś zakwalifikować do kategorii „wynik z gazety”. Jeden kogucik z sektora gospodarzy (taki co na zmianę spoglądał na mecz i swoją muskulaturę) wprawdzie wymienił z panem piłkarzem gości serdeczne „spierdalaj!”, po czym kilka razy wybierał się na boisko bliżej poznać się z nowym przyjacielem i przymierzał się do sprawdzenia swoich umiejętności w rzucie butelką na odległość, ale na szczęście miał wokół siebie nieco mniej krewkich doradców, potrafiących przemówić mu do rozsądku. Generalnie jednak używano z głową, a jeden wyjątek – jak wiadomo – tylko potwierdza regułę.

Następnym razem proponujemy jednak po sobie posprzątać.

 

CATERING:

Na stadionie nic, ale kratka na pobliskim polu raczej nie wyrosła, nie sądzimy też, by ktoś przyjechał na mecz już w ten sposób wyposażony. Wszystko wskazuje więc na stosunkowo niewielką odległość od punktu dystrybucji. Zdaje nam się nawet, że mijaliśmy sklep jakiś kilometr przed stadionem. Może z drugiej strony jest coś jeszcze bliżej.

 

WC:

Nie stwierdzono. Chaszczy i drzew jednak wystarczająco, by przyjąć każdą ilość swieżo przefiltrowanego przez nerki browara.

 

TABLICA WYNIKÓW:

Nie bardzo potrafimy sobie ją na stadionie w Słoszewie wyobrazić i chyba gospodarze obiektu też nie.

 

DOPING MIEJSCOWYCH:

Kilka osób z szalikami i kolejnych kilkanaście bez bardzo emocjonalnie reagujących na wydarzenia boiskowe, czasem ze śpiewem na ustach. Próbkę pokazaliśmy tu:

Działania spontaniczne, trochę chaotyczne, ale czuć, że z głębi serca i wątroby. Biła energia. Brawo.

No i znowu się czegoś nauczyliśmy. W Słoszewie okazało się, że trybuna na wale to niekoniecznie musi być to, co nam się do tej pory wydawało.

 

ZORGANIZOWANI PRZYJEZDNI:

Chyba sporo WAG’s, a także przedstawicielki żeńskiej odnogi klubu, nazwane przez nas naprędce „Orlęcice”.

Panowie też byli, nawet tacy z wąsami, i gardła służyły im nie tylko do przepłukiwania. Podobnie jak u miejscowych – więcej chęci niż zgrania i pomysłu, ale i tak na duży plus.

Generalnie, jeśli chodzi o kibicowanie – remis bez wskazania.

 

TEKST MECZU:

– Gdzie tam, nic nie było. Łeb rozjebany, ale nic nie było…

Pan kibic gości chyba nieco inaczej zinterpretował jedną z sytuacji niż sprawiedliwy z gwizdkiem.

 

TEKST MECZU 2:

– Od czego wy macie te lewe nogi?

Pan piłkarz gospodarzy do swoich kolegów. Odpowiedź niestety nie padła. Nam się wydaje, że może po to, by krzywo nie stali.

 

OGÓLNA FAJNOŚĆ:

7/10.

 

WOLNE WNIOSKI:

Na mecz trafiliśmy z polecenia czytelnika, co nie zdarza nam się często (przynajmniej nie od razu, bo zaproszenie do Słoszewa dostaliśmy chyba w piątek), ale tym razem mieliśmy czutkę, że to może być dobry strzał i się nie pomyliliśmy. Sól futbolu, na trybunach i boisku. Że nie trzeba wielkich pieniędzy, niebotycznych umiejętności i wymuskanej infrastruktury, by wszyscy uczestnicy spotkania czerpali z niego przyjemność, to wiemy od dawna, ale lubimy sobie tę wiedzę odświeżać. Najbardziej też poważamy właśnie taką organizację, bez spinki, gdy możemy sobie pochodzić wokół boiska i zajrzeć w każdy kąt.

Pytanie tylko, jak długo to wszystko potrwa, bo jednak zdrowiej dla piłki, gdy po boisku biegają 20-latkowie, a ich wyczynom z trybun przyglądają się 40-latkowie, a nie odwrotnie, jak w Słoszewie.

I na koniec jeszcze gol dla gości w formie jak na nas nietypowej.