Spóźnione, ale szczere podsumowanie meczu Grom – Cukrownik made by wagon pierwszy.

29.10.17, Klasa B kujawsko-pomorska, grupa Bydgoszcz V, Grom OstrowoCukrownik Tuczno 3:0.

 

PRZEJECHANE KILOMETRY:

53 (w jedną stronę), samotnie w roli kierowcy. Wprawdzie zachęcony udanym sobotnim meczingiem braszka podobno poważnie rozważał też powtórkę w niedzielę, ale tylko do momentu podejścia do okna po zwleczeniu się z łóżka. Poziomo padający deszcz i pięć stopni Celsjusza to faktycznie nie są okoliczności najbardziej zachęcające do spędzenia kilku godzin na powietrzu (po Ostrowie w planach były jeszcze Gębice), o ile na co dzień można cię uznać za w miarę normalnego gościa. My aspiracji przynależności do tej grupy już dawno się wyzbyliśmy, więc odpowiednio się ubrawszy i wyposażywszy, wsiedliśmy do auta i ruszyliśmy.

Nawigacja początkowo zaprowadziła nas wprawdzie do centrum zupełnie niczego, ale mieliśmy odpowiedni zapas czasu, by się ogarnąć i do celu dotrzeć. W końcu się udało.

 

BILETY:

Nic. Z jednej strony cmentarz i kawałek pola, z drugiej większy kawałek pola, z trzeciej przycmentarny parking, z czwartej droga… Trudno byłoby zorganizować szczelny system poboru opłat.

 

SPIKER:

Tu pewnie o infrastrukturę trochę łatwiej, za to prawdopodobnie z czynnikiem ludzkim gorzej. Tak czy inaczej – wobec pogody, która panowała w niedzielę podczas pierwszej połowy, nie dziwimy się, że nikt z użyciem mikrofonu nie przemawiał.

 

Z PIWEM NA STADION:

Pełna swoboda, ale chyba jedyną znaną nam osobą, która podczas pogodowego armagedonu szalejącego w pierwszej połowie byłaby skłonna wychylić browara na świeżym powietrzu, jest pan Ambasador w szczycie formy. A że go z nami nie było, na obiekcie i w jego okolicy panowała abstynencja.

Ale w przerwie warunki się zmieniły. Na chwilę zza chmur wyszło nawet słońce, a z samochodów spragnieni wielkiego futbolu kibice. I coś tam łyknęli.

 

CATERING:

Przy szatni przez cały mecz, czasem nawet w obstawie zamaskowanego i wyglądającego na gotowego na wszystko sportowo ubranego młodego mężczyzny, parkowało służbowe auto pizzerii o nad wyraz apetycznej nazwie „U wuja”, ale nikt żadnymi smakołykami z niego nie dilował.

Sklepu w najbliższej okolicy też nie zauważyliśmy, ale uczciwie przyznamy, że zbyt dociekliwych obserwacji nie prowadziliśmy.

 

WC:

Do wyboru, do koloru.

Jedno przy szatni.

Drugie przy wejściu na cmentarz.

Zapomnieliśmy sfotografować.

Ale strata niewielka. Najzwyczajniejszy ze zwyczajnych toi toi.

Do żadnego nie zajrzeliśmy. Skorzystaliśmy z terenów zielonych. I to w szczycie pogodowej rzeźni, co należy uznać za czyn heroiczny.

 

TABLICA WYNIKÓW:

Nie ma.

Ale innego rodzaju mają wyborną!

Niedroga w eksploatacji, praktycznie bezawaryjna i jedyna w swoim rodzaju. Dawno nie używaliśmy tego słowa – arcyrękodzieło!

 

DOPING MIEJSCOWYCH & ZORGANIZOWANI PRZYJEZDNI:

Trudno jednoznacznie stwierdzić, bo niektórzy wybrali trybunę samochodową i nie mamy pojęcia, co tam się w tych samochodach wyprawiało. Na pewno na głównej w pierwszej połowie nadkomplet.

Wprawdzie pojawiło się dwóch czy trzech śmiałków próbujących stawić czoła aurze, lecz szybciutko kreczowali.

My też byliśmy blisko psychofizycznego załamania, ale resztką silnej woli dotrwaliśmy do przerwy. A po 15-minutowym grzaniu się w aucie, ku naszej wielkiej radości, przestało padać. Nie przestało za to wiać, więc zgnojone poziomymi opadami, niedające się osłonić parasolem spodnie elegancko nam przesuszyło i już w ogóle była bajka.

Jeszcze gdyby ktoś dał nam się przejechać krążącym wokół stadionu nie wiadomo czym, poczulibyśmy się chyba królami życia.

Ale maszyna!

A wracając do frekwencji – w drugiej połowie na trybunie głównej pojawił się mężczyzna, dość mocno emocjonalnie zaangażowany w udzielanie taktycznych wskazówek drużynie przyjezdnej.

Dziękujemy, że nie wcześniej, bo po przerwie było na zero z tyłu i gdyby to samo nastąpiło w pierwszych 45 minutach, nie powstałaby jedna z najważniejszych produkcji filmowych w historii Pociągu do Futbolu.

 

TEKST MECZU:

– Panie sędzio, to boisko chyba się średnio nadaje do gry…

– Jeszcze nie jest najgorsze.

Faktycznie.

Nie ma o czym mówić.

 

OGÓLNA FAJNOŚĆ:

7,5/10.

 

WOLNE WNIOSKI:

Pizgawica i deszcz nigdy nie były naszą ulubioną otoczką do raczenia się futbolem (i pewnie nigdy nie będą), ale w Ostrowie podobało nam się wyjątkowo. Pewnie dlatego, że nazwanie tego, w towarzystwie czego panowie piłkarze musieli się trudzić w pierwszej połowie warunkami ekstremalnymi, byłoby niewinną pieszczotą. A wszelkie towarzyszące meczom odchyły on ogólnie przyjętych norm i konwenansów (zwłaszcza w takiej skali) zawsze są u nas na propsie.

Ale nawet abstrahując od tego – fajne miejsce, klimatyczny stadion. Trzeba kiedyś wrócić, ale już gdy będzie znacznie cieplej. Zwłaszcza, że do jeziora rzut kamieniem.