7 kwietnia 2019, godz. 11:30, 16. kolejka zachodniopomorskiej Klasy A (grupa Koszalin południe), Biały Bór, ul. Sportowa 8.

HUBERTUS BIAŁY BÓR – REDŁOVIA REDŁO 4:0.

MECZ NR: 19/100.

PRZEJECHANE KILOMETRY: 193. Ostatnio zachwalaliśmy podróże drogami szybkiego ruchu i obwodnicami miast, ale przychodzi moment w karierze objeżdżającego Polskę pomysłodawcy i autora akcji „100 meczów na 100-lecie PZPN”, gdy trzeba trochę zwolnić. Na przykład leniwy, słoneczny, niedzielny poranek. I tak było tym razem. Nieśpiesznie, bocznymi drogami. Pełen relaks.

TEMPERATURA: 14 stopni Celsjusza.

BILETY: Brak.

SPIKER: Brak. Odbiór widowiska uprzyjemnia (a właściwie nastraja do niego przed i w przerwie) oprawa muzyczna, o którą dbają piłkarze drużyn młodzieżowych Hubertusa. W południe z kolei do uszu przebywających na stadionie dobiegają dźwięki „wypuszczanej” z remizy strażackiej „Barki”, co miało być tylko rozwiązaniem tymczasowym. Było już kilka prób wyłonienia własnego, niepowtarzalnego hejnału, ale wszystkie bezskuteczne. Jak to często w Polsce bywa – prowizorki są najtrwalsze.

CATERING: Brak Nawet prowizorki.

TABLICA WYNIKÓW: Brak.

TOALETA: Również brak, ale podejrzewamy, że jest w budynku klubowym.

 

Z całym szacunkiem dla piłki nożnej w Białym Borze, to nie dzięki niej to małe miasteczko leżące niedaleko styku trzech województw (zachodniopomorskiego, pomorskiego i wielkopolskiego) było jeszcze niedawno słynne na cały kraj. Słysząc nazwę Biały Bór białej gorączki dostawali turyści podróżujący samochodami nad Bałtyk. W szczycie formy tamtejsza Straż Miejska dysponowała trzema mobilnymi fotoradarami, przynoszącymi w najlepszych latach do budżetu gminy nawet siedem milionów złotych, czyli nawet kilkadziesiąt procent budżetu! „Ofiarą” jednego z nich był nawet kierowca samochodu wiozącego Jarosława Kaczyńskiego. Kierowcy psioczyli, używanie miały media, białoborskimi fotoradarami interesowała się nawet Najwyższa Izba Kontroli, ale pieniądze płynęły. Do czasu, gdy strażom miejskim i gminnym odebrano prawo do korzystania z przynoszących poważne profity urządzeń. I zarżnięto kurę znoszącą w Białym Borze złote jajka.

– Dużo za te pieniądze zrobiono: remont remizy, drogi na osiedlach. Ale przy niektórych inwestycjach posiłkowano się kredytami i pojawiły się problemy. Jesteśmy biedną gminą. Nie ma tu przemysłu, ziemie są słabe, większość tak słaba, że ich właściciele zwolnieni z podatku rolnego. Mamy za to piękne tereny, jeziora, lasy. Jest potencjał turystyczny – opowiada wiceprezes Hubertusa Krzysztof Szcześniak.

Już po kilku minutach na stadionie w Białym Borze nietrudno dostrzec, że pan Krzysztof to w Hubertusie człowiek instytucja i jeden – obok nieobecnego akurat na meczu grającego prezesa Tomasza Kopiszki i kilku innych osób z zarządu – z jego fundamentów. Krząta się po obiekcie, rozmawia z kibicami, trenerem, zawodnikami. Tu spojrzy, tam zerknie. Prawdziwy gospodarz. Obsługuje klubowy fanpage na Facebooku, a ledwo zdążyliśmy zaparkować auto na stadionie, już miał na nas czujne oko i przyszedł się przywitać. Jest wszędzie. Jeszcze w rundzie jesiennej był także na boisku.

– Dziś już biodra nie pozwalają. Ale kto wie, co będzie, gdy poczuję się trochę lepiej – śmieje się urodzony w 1973 roku były(?) zawodnik.

Hubertus, podobnie jak mnóstwo podobnych klubów w całej Polsce, bez takich ludzi pewnie by się zawalił.

– W mieście nie ma OSiR-u czy innej podobnej instytucji mogącej wspierać kulturę fizyczną i sport. Stadion jest własnością gminy, ale dbamy o niego sami. Jeszcze moje pokolenie wie, co to praca społeczna i znajdują się chętni, by ją podejmować. Ale młodsi? Bardzo trudny temat. Powiem tak: Mam spore obawy, jak to wszystko będzie wyglądało za kilkanaście lat – mówi gorzko Krzysztof Szcześniak.

Spory fragment meczu Hubertusa z Redłovią obejrzeliśmy w towarzystwie pana Andrzeja Podleśnego, który prosił, by koniecznie wspomnieć o nim w relacji, co niniejszym z największą przyjemnością czynimy.

Pan Andrzej to były piłkarz klubu z Białego Boru w czasach, gdy nazywał się jeszcze Tęcza (klub rzecz jasna, nie pan Andrzej). Później był też trenerem i działaczem w kilku okolicznych klubach. Z rozrzewnieniem wspominał tamte czasy.

– Prawie w każdej wiosce byłą drużyna. Sport to było coś, ludzie się garnęli. Brało się do autobusu trzy skrzynki oranżady i jechało się na mecz. PGR-y dawały pieniądze, mogłem sobie pozwolić, by później zabrać drużynę na obiad do restauracji… Dziś mnóstwo ludzi zagranicą, wsie się wyludniają. Dużo trudniej to wszystko zebrać do kupy… – podkreśla.

Oczy zapalają mu się jeszcze bardziej, gdy opowiada o innej niedawnej wizytówce Białego Boru, działającej tu przez kilkadziesiąt lat stadninie koni. Stajnia, pensjonat, stadion ujeżdżeniowy, powozownia, parkur i cała infrastruktura – razem ponad 170 hektarów urokliwie położonych terenów, w tym jeden z najlepszych w Europie, bo w stu procentach naturalny, bez sztucznych obiektów, tor crossowy. Biały Bór specjalizował się w WKKW (Wszechstronny Konkurs Konia Wierzchowego). Organizowano tu mistrzostwa Europy i świata, kręcono filmy. Po zmianach ustrojowych stadnina powoli, lecz niestety konsekwentnie zaczęła się chylić ku upadkowi. Od kilku lat nie ma tu żadnego konia, obiekty straszą pustką, a Agencja Nieruchomości Rolnych szuka nabywcy lub dzierżawcy.

Dużo ciekawsze perspektywy niż przed stadniną malują się przed piłkarskim Hubertusem. Po poprzednich rozgrywkach, trochę z powodu reorganizacji rozgrywek, a trochę z powodu słabszej formy, po 11 latach w okręgówce zespół seniorów wylądował w Klasie A. Bardzo prawdopodobne, że po roku wróci na z góry upatrzone pozycje. Drużynę prowadzi zaledwie 26-letni Bartłomiej Borowicz, wychowanek Hubertusa i wciąż czynny piłkarz, tyle że… jeszcze w zeszłym sezonie czwartoligowego, a dziś rywalizującego w pomorskiej okręgówce Startu Miastko. Borowicz prowadzi też zespół z rocznika 2002, nie boi się stawiać na młodzież. W meczu z Redłovią gole strzelili 19-latek Bartłomiej Szwajczewski (trzy) i 18-latek Mateusz Brzóskiewicz (jednego), a 40 minut zagrał nawet 15-latek Seweryn Wiśniewski.

Rośnie więc w Białym Borze narybek (w grupach młodzieżowych trenuje około 100 piłkarzy, co jak na gminę liczącą około pięciu tysięcy mieszkańców jest świetnym wynikiem), są ludzie, którym wciąż chce się to wszystko ogarniać. Nie powinno być chyba tak źle, panie Krzysztofie…