Spóźnione, ale szczere podsumowanie meczu Łokietek – Unia made by wagon pierwszy.

30.9.17, liga okręgowa kujawsko-pomorska, grupa II, Łokietek Brześć KujawskiUnia Gniewkowo 1:2.

 

PRZEJECHANE KILOMETRY:

167 (w jedną stronę). Jak zwykle trzeba się było samemu dowieźć na miejsce. Oczywiście przy pomocy najwierniejszego towarzysza naszych piłkarskich eskapad.

Już po uwiecznieniu na zdjęciu naszego niezwykle przystojnego wizerunku przygarnęliśmy na pokład skaperowanego za pomocą blablacar pasażera. Towarzyszył nam przez większość trasy, do Włocławka. Dobrze trafiliśmy. Kilka lat mieszkał i pracował w Anglii, sporo podróżował po świecie, gadka się kleiła. O dziwo po wyłuszczeniu przez nas celu i przyczyny podróży nie postukał się w głowę, nie poprosił też o wysadzenie na najbliższym przystanku PKS-u. Jeśli nas, Grzegorzu, czytasz – pozdrawiamy.

 

BILETY:

Znów nie dane nam było wrzucić nic do puszki – ani na stadionie, ani w domu.

 

SPIKER:

Dwaj. Klasy oficjalnie obsługującego mecz nie podejmujemy się ocenić, bo nagłośnienie było tak chujowe, że na trybunę – zgodnie z wytycznymi organizatorów – przewidzianą dla gości, na której zakotwiczyliśmy, dobiegały tylko jakieś przytłumione, niezrozumiałe pomruki.

Ktoś mówił, że za mikrofon chwycił inny ktoś w zastępstwie stałego rezydenta i może stąd problemy z obsługą sprzętu. Jeśli nie – żółta kartka.

Za to pan Grzegorz, na co dzień zabawiający wielbicieli kopanej zasiadających i wystających na Parkenstadion w Gniewkowie, w formie wyśmienitej i na wyjeździe prezentuje się wcale nie gorzej niż przed własną publicznością. A kto wie, czy nawet nie lepiej, bo nie ogranicza go etykieta i może sobie pozwolić na kibicowsko-eksperckie wycieczki w stronę arbitrów i piłkarzy. Zwłaszcza arbitrów. W Brześciu Kujawskim również zdarzyło mu się dać próbkę krasomówczych zdolności.

Brawo!

 

Z PIWEM NA STADION:

Bez problemu. Kilka butelek osuszono, ale pijackich ekscesów nie stwierdzono. Pełna kultura.

 

CATERING:

Na wyprawę do osiedlowego, doskonale zaopatrzonego w różnego rodzaju prowiant i napitki sklepu należy poświęcić około 2,5 minuty dość żwawego spaceru. Nawet biorąc pod uwagę fakt, że na podobny pomysł wpadnie w przerwie znacznie więcej stadionowych bywalców, nie ma obaw, że nie zdąży się wrócić przed drugą połową.

Byli też tacy, którzy nie mieli ochoty liczyć, że jakoś to będzie i należycie zabezpieczyli się znacznie wcześniej.

 

WC:

Pod trybuną, niedaleko wejść do szatni. Zadbane, czyste, pachnące. Polecamy.

 

TABLICA WYNIKÓW:

Stadion kilka lat temu przeszedł gruntowny remont, ale na wyposażenie go w tablicę zabrakło już inwencji. Albo cwancygierów. Albo jednego i drugiego.

 

DOPING MIEJSCOWYCH:

Lipa. Zawód. Po stadionie kręciło się kilka osób z szalikami i w koszulkach w barwach, podobne widzieliśmy kiedyś na meczu w Osięcinach (wygląda na to, że mają zgodę z Ziemowitem). Wisiało też kilka flago-transparentów, które od biedy można uznać za akcesoria kibicowskie.

Liczyliśmy więc choć na małą mobilizację na mecz na szczycie. Umiesz liczyć, licz na siebie…

 

ZORGANIZOWANI PRZYJEZDNI:

Organizacja raczej mocno spontaniczna, ale sprawna.

Od początku meczu za flagą umiejscowiło się około 20 osób, po przerwie pojawiło się kilkanaście kolejnych, rozsianych wcześniej po innych sektorach. Skandowali tylko po golach, za to z werwą i wprawą. Poza tym chętnie częstowali pozdrowieniami panów arbitrów. Dodajmy, że w pełni zasłużenie.

 

TEKST MECZU:

– Jarocha, kapitalnie to teraz zagrałeś!

Pan spiker Grzegorz, mistrz mowy polskiej.

 

TEKST MECZU 2:

– Chyba trochę robimy psikusa władzom miasta…

Pan trener Unii. Hmmm, ciekawe…

 

OGÓLNA FAJNOŚĆ:

7/10.

 

WOLNE WNIOSKI:

Warto było wykręcić trochę kilometrów choćby po to, że na w miarę nowym i wychuchanym stadionie, w dodatku z bieżnią, też można czerpać przyjemność z oglądania wielkiej piłki.