Spóźnione ale szczere podsumowanie meczu z ostatniej serii gier eliminacji Mistrzostw Świata Łotwa – Andora by Rafał.

10.10.17, eliminacje MŚ, Łotwa – Andora 4:0.

 

DWA SŁOWA WSTĘPU:

Mecz dwóch państw, których futbolowa kondycja nie jest najlepsza, w dodatku grających o pietruszkę. Okoliczności meczu brzmiały zachęcająco i pozwalały mieć nadzieję na spektakularne kiksy czy niefortunne zagrania. W dodatku padał deszcz, więc wszystko sprzyjało temu, by poczuć namiastkę naszej Serie B. No i aby relacja czasem nie zawyżyła piłkarskiego poziomu na stronie. Na szczęście jedyna osoba mogąca popsuć moje nadzieje siedziała na trybunach w charakterze widza, bowiem na mecz pofatygował się sam Rio Ferdinand, o czym przed meczem na Facebooku poinformował łotewski ZPN.

 

PRZEJECHANE KILOMETRY:

Mecz, podobnie jak wcześniej opisywane przeze mnie ligowe spotkanie, rozgrywany był na stadionie Skonto, więc w niezmiennym dwuosobowym składzie żwawym krokiem ruszyliśmy późnym wieczorem w stronę obiektu. Z racji mało przyjaznej aury podczas złotej łotewskiej jesieni 1,3 kilometra pokonaliśmy w 10 minut. Ponieważ tym razem zasiedliśmy na innym sektorze, to i w końcu udało się zaobserwować jakąś aktywność łotewskich fanów. Napis „Lads from Riga” czyli „Chłopcy z Rygi” w niebieskiej barwie dumnie zdobił jedną ze ścian stadionu. Nieopodal podobne drugie dzieło.

 

BILETY:

Tu ciekawa sprawa. Ceny wahały się od najtańszych 3,50 euro ulgowych po 7 euro najdroższe normalne, wszystkie w zależności od sektora. Udało mi się jednak skontaktować z pewnym łotewskim jegomościem, który oferował wejściówki po 3 euro na sektor fanów łotewskich.

Wszystko za zgodą pana przywódcy kibiców, nikomu nie przeszkadzała obecność zagranicznych na fanatycznym sektorze. Nikt jednak nie pilnował miejsc wydrukowanych na bilecie, więc widoczna była migracja ludzi. Skorzystaliśmy z tego i my, gdyż pan lider kibiców nalegał, aby cały sektor dopingował po łotewsku, a w tej dziedzinie – delikatnie mówiąc – orłami nie byliśmy. A co do niższej ceny – jest ona przewidziana dla najbardziej lojalnych fanów i mimo że to mój pierwszy mecz reprezentacji Łotwy, bez wyrzutów sumienia z zaproponowanej ulgi skorzystałem.

 

SPIKER:

Inny niż na meczu FC Riga, a poza łotewskim używał też angielskiego. Pełen profesjonalizm. Oprócz radości po bramkach i komentowania boiskowych wydarzeń, w przerwie i przed meczem próbował zabawiać publiczność, ale niestety szczegółów nie potrafiłem zrozumieć. W przerwie jego obowiązki przejęła pewna pani w związku z organizowanym dla małolatów konkursem polegającym na zrobieniu slalomu między pojemnikami i szybkim powrocie w celu przybiciu piątki koledze z rzędu aby ten mógł ruszyć dalej. Jeden z młodych tak się zaangażował, że na śliskiej powierzchni nie wyhamował i zatrzymał się na bandach reklamowych. Wgniecionego baneru mimo prób panów ze służb porządkowych niestety nie udało się naprostować.

 

Z PIWEM NA STADION:

Godzina 21.45 i temperatura poniżej 10 stopni Celsjusza bardziej skłaniają do myślenia o kocu i gorącej herbacie niż o schłodzonym piwie, więc tym razem konsumpcji nie było. Nie przeszkadzało to jednak innym chętnym, szczególnie fanom z sektora dopingującego. Aktywny doping i piwko – takie połączenia się szanuje. Wniesienie własnego odpada, gdyż panowie i panie z ochrony na wejściu bardzo dokładnie sprawdzają, czy nikt nie ma niczego niedozwolonego schowanego w garderobie. Macanie bardzo dokładne, nie oszczędzano nawet okolic intymnych a nie oberwało się chyba tylko butom.

 

CATERING:

Z dobrodziejstw gastronomii również nie korzystaliśmy, ale była szeroka oferta pod trybuną przy wejściach na sektory. Jeden sąsiad taszczył tackę z czipsami i dipami, inny skusił się na pizzę sprzedawaną w kawałkach.

 

WC:

Przed dokładną kontrolą ustawiony liczny rząd toi toiów, zapewne pod trybuną też coś było, ale nie zaszła potrzeba wizyty.

 

TABLICA WYNIKÓW:

Z racji tego, że gościliśmy w innym sektorze, tym razem nie była widoczna tablica z meczu ligowego. Organizatorzy jednak za jedną z bramek zamontowali telebim, który pokazywał aktualny wynik (szkoda, że bez czasu), urywki meczu, a podczas przerwy różnego rodzaju reklamy. Dobrze widoczny, mimo że daleko.

 

DOPING MIEJSCOWYCH:

W sektorze H, w którym początkowo przebywaliśmy, zgromadzili się łotewscy ultrasi. Wywiesili jedną flagę o neutralnym podłożu (głosiła „Ultras Spirit”) nad wejściem na sektor i chociaż mieli ich więcej, tym razem narodowych, a nawet jakąś sektorówkę, nie zdecydowali się na ekspozycję, jedynie po meczu trzymali jedną, dziękując piłkarzom za mecz. Dopingowali cały mecz, z małymi przestojami przy asyście bębna i dużych flag na kiju: jednej Ultras Latvija, drugiej Związku Łotewskich Kibiców Piłkarskich i dwóch rejonowych: „Kurlandia zawsze z nami” i „Łatgalia zawsze z nami”. Z innych sektorów raczej nieśmiałe próby kilku osób, była też kilkumetrowa łotewska flaga trzymana w górze podczas śpiewania hymnu. W sektorze H śpiewało od 20 do nawet ponad 50 osób, gdy udało się zaangażować cały sektor do śpiewania. Ogólnie ludzi na stadionie 4153.

 

ZORGANIZOWANI PRZYJEZDNI:

Raczej brak. Inna sprawa, że jedyny gol dla Andory nie został uznany przez spalonego, więc trudno było zaobserwować, czy ktoś się cieszy. Andorczyków zastąpili jednak Anglicy, którzy wywiesili cztery swoje flagi, zapewne gdzieś tam gościł Rio Ferdinand. Ponadto ktoś widziany był z turecką flagą i tyle.

 

TEKST MECZU:

– Vienpadsmit! Vienpadsmit! Vienpadsmit” (z łot. Jedenaście! Jedenaście! Jedenaście!)

Mimo, że mecz o pietruszkę, to jednak kibice wobec swoich ulubieńców mają spore wymagania. Albo po prostu źle zinterpretowałem ten okrzyk…

 

OGÓLNA FAJNOŚĆ:

6/10.

 

WOLNE WNIOSKI:

Na niską ocenę fajności wpłynęły głównie dwie rzeczy: w mniejszym stopniu późna pora rozgrywania meczu (21.45) i niska temperatura oraz w większym stopniu incydent z hajlowaniem. Pan przywódca kibiców wgramolił się na platformę operatora kamery i z niej wykonując salut rzymski intonował powiązaną z nim przyśpiewkę. Nie chcę tworzyć błędnego stereotypu, że łotewscy kibice to faszyści, bo problem dotyczył wąskiej grupy osób, przecież cały stadion nie wykonywał tego gestu, no a poza tym i u nas w Polsce podobnych kwiatków nie brakuje. Wydaje mi się jednak, że widowisko na poziomie międzynarodowym to nie czas i miejsce na takie rzeczy. Ze strony piłkarskiej niczego nie zabrakło. Generalnie kolejne nowe doświadczenie stadionowe zdobyte, ale chyba też nie do końca o takie mi chodziło.