Spóźnione, ale szczere podsumowanie meczu Lublinianka – Lewart made by Wagon Trzeci.

22.4.17, IV liga lubelska, Lublinianka LublinLewart Lubartów 1:1.

 

PRZEJECHANE KILOMETRY:

6 (w jedną stronę) z poprzedniego meczu, samochodem, oczywiście jako pasażer. W roli kierowcy i przewodników wystąpili poznani na poprzednim meczu lubelscy koledzy pana redaktora z brodą zaplecioną w warkocz, dzięki czemu droga przebiegła szybko i sprawnie, bez błądzenia w obcym mieście, sprawdzania niezawodności komunikacji miejskiej i uczciwości taksówkarzy.

 

BILETY:

8 PLN, kupione w kasie tuż przed meczem.

Nawet eleganckie.

 

SPIKER:

Operował z budki na trybunie głównej i okazał się znajomym moich przewodników a przy okazji człowiekiem-instytucją lubelskich rozgrywek amatorskich. Po meczu Lublinianki jechał komentować żużel dla jakiejś stacji. Warsztatu nie oceniam, bo jak zwykle nie słuchałem, ale pasję i zaangażowanie podziwiam.

 

Z PIWEM NA STADION:

Niby przed wejściem stał radiowóz, a ochroniarz udawał poważnego, ale kieszeni, plecaków i reklamówek nikt nie sprawdzał. Niestety, w moich tym razem pusto, bo trzeba było zrobić małą przerwę, żeby w ogóle dotrwać do wieczora. Stali bywalcy stadionu Lublinianki takich oporów nie mieli, a oprócz piwa szły i biała, i ruda.

 

CATERING:

Dobra, prawdziwy powód mojej abstynencji jest taki, że przed meczem nie zdążyłem do żadnego sklepu, a na obiekcie cywilizacji brak. Lokalizacja najbliższego wodopoju, tudzież jadłodajni nieznana, choć znając życie było coś po sąsiedzku.

 

TABLICA WYNIKÓW:

Nie ma.

 

WC:

Dwa toi toie, nazwane przez jednego z naszych kompanów „lubelskimi łazienkami” Podobieństwo do warszawskich absolutnie przypadkowe.

 

DOPING MIEJSCOWYCH:

Kilka osób z flagą i płynnymi rozweselaczami. Skład raczej oldskulowy, aktywność śladowa. Pozostałe kilkadziesiąt osób dopasowało się do poziomu.

 

ZORGANIZOWANI PRZYJEZDNI:

Dotarli w sześciu, początkowo zasiedli na trybunie z miejscowymi, jednak szybko dostali przymusowe zaproszenie do odizolowanego sektora gości. Choć z boiska wiało patolą, bawili się nieźle, dopingując z przerwami przez całe zawody, w pewnym momencie przypadkowo sforsowali nawet płot oddzielający ich od boiska. Nie zabrakło barw i alkoholu. I o to chodzi.

 

TEKST MECZU:

Brodaczu, brodaczu chodź do nas na chwilę.

Redaktor z brodą zaplecioną w warkocz jest na stadionach rozpoznawany bardzo często – do tego już się przyzwyczaiłem. Zazwyczaj powodem zaczepki jest chęć zrobienia wspólnej fotki, tym razem było chyba inaczej, bo zapraszający kibice Lublinianki zamiast smartfonów mieli butelki wódki. Pan redaktor kulturalnie odmówił.

 

OGÓLNA FAJNOŚĆ:

5/10.

 

WOLNE WNIOSKI:

Dopiero w pociągu do Lublina sprawdziliśmy, na którym stadionie rozgrywa swoje mecze zespół gospodarzy. Miałem drobne obawy, że miejscem akcji będzie lubelska Arena, więc gdy okazało się, że trafimy jednak na sypiący się obiek Lublinianki, kamień spadł mi z serca. Poza gałęziami zalegającymi na zapomnianych przez Boga i ludzi trybunach raczej tego spotkania nie zapamiętam, i gdyby nie to, że mamy zwyczaj prowadzić coś w rodzaju relacji live w komentarzach, musiałbym sprawdzać wynik u świętego Mogiela. Najważniejsze jednak, że plusy dodatnie i ujemne tym razem się zbilansowały 😉