Z cyklu „Uprzejmie donoszę” – spóźnione ale szczere podsumowanie ostatniej odsłony łotewskiego meczingu made by Rafał.

20.11.17, baraż, Metta LU – Progress/AFA Olaine 3:1.

 

DWA SŁOWA WSTĘPU:

Wszystko zapowiadało się bardzo obiecująco: pierwszy mecz baraży o najwyższą klasę rozgrywkową w miejscowości Olaine zakończył się remisem 1:1, więc obydwie drużyny musiały solidnie się postarać, aby w przyszłym sezonie zagrać w najwyższej lidze łotewskiej. Dla gospodarzy to już chleb powszedni – piąte z rzędu baraże, drugie zaś dla grającego na szczeblu niżej Progressu Olaine. Rok temu skład baraży był identyczny, jednak goście grali pod inną nazwą. Dowód zaangażowania otrzymałem już w drugiej minucie, gdy nie zobaczyłem pierwszej bramki Metty, będąc pochłoniętym tworzeniem fotograficznej dokumentacji dla niniejszego tekstu.

 

PRZEJECHANE KILOMETRY:

Ponieważ szanowna partnerka musiała powrócić do Polski, na mecz udałem się niepocieszony, gdyż nie miałem tym razem z kim dzielić swoich przemyśleń i komentarzy odnośnie wydarzeń na boisku i trybunach. Ponownie jedynym słusznym transportem okazały się być własne nogi. Raz, że obiekt Metty jest rzut beretem od narodowego Skonto, a dwa – przejście przez puste pole, na którym zapewne będą kiedyś stać biurowce albo mieszkania, praktycznie w prostej linii doprowadziło mnie na obiekt szkoły średniej Hanzy, bo tak się zwie placówka edukacyjna, która użycza boiska gospodarzom. Około kilometrowy spacerek w czasie kwadransa zaliczony.

 

BILETY:

Kilka dni przed meczem, gdy dopytywałem o cenę wejściówek, szanowna osoba obsługująca facebookowy profil Metty poinformowała, że normalnie bilet kosztuje 4 euro, ale dla osób z szalikiem, do którego nabycia mnie zachęcono, wejście jest za darmo. Ostatecznie kupiłem szalik za 15 euro i poprosiłem szanowną panią inkasującą należności również o kartonik. Próbowała wyjaśniać, że jak mam już zakupiony przed momentem szalik, to biletu nie potrzebuję, ale grzecznie poinformowałem, że będzie to także mój „suvenīrs”. Generalnie dla kogoś kto regularnie uczęszcza na mecze Metty, cena za karnet w postaci szalika jest bardzo korzystna, jednak jako samej pamiątki nieco wygórowana. No, ale nie wiadomo, kiedy znowu zawitam na łotewski meczing, więc wziąłem.

 

SPIKER:

Był, operował jedynie językiem łotewskim. Na początku przywitał kibiców, w trakcie gry informował na bieżąco o wydarzeniach, zaś po każdej strzelonej przez gospodarzy bramce puszczał specjalny dżingiel. Pełen profesjonalizm. Gościł na pierwszym poziomie specjalnego rusztowania, które znajdowało się obok tablicy wyników. W drugiej połowie siadło mu chyba nagłośnienie, gdyż słychać było tylko jakiś pomruk. No ale nikt mu nie zarzuci, że nic nie mówił.

 

Z PIWEM NA STADION:

Łotewska Virslīga to chyba jedyne mistrzowskie rozgrywki w Europie, w których jakaś drużyna gra na szkolnym boisku z murawą jak na naszych orlikach. Z tego też powodu od samego początku wykluczałem w myślach jakąkolwiek sprzedaż piwa. Wniesienie własnego w plecaku czy torbie odpadało, gdyż panowie ochroniarze zaglądali do ekwipunku i nawet zadysponowali specjalny kosz, aby pozbyć się niedozwolonych rzeczy. Obok niego stała nawet butelka po mleku z przezroczystym płynem, który mlekiem na pewno nie był. W środku także jedna butelka po napoju wyskokowym była, naturalnie opróżniona.

Przed kontrolą widniała specjalna tabliczka z elegancką mapą obiektu i strzałkami do odpowiednich miejsc, jak np. bufet, ale wątpię, aby w pomieszczeniach szkolnych sprzedawano alkohol. Sam też nie zaobserwowałem, aby ktoś na trybunach spożywał coś mocniejszego niż cola. Nawet na papierosa wychodzono przed szkolną furtkę.

 

CATERING:

Jak wspomniałem, bufet był, ale nie zaszła potrzeba konsumpcji. Na pewno oferował jednak pizzę, bo przyłapałem grupę dopingującą na konsumowaniu jej na trybunach w przerwie meczu. Dodatkowo kibiców próbowała zachęcać jakaś włoska kafejka ze starego miasta, rozdając ulotki z informacją, że z kartą kibica Metty jest zniżka 20%, zaś  z samą ulotką 10%.

 

WC:

Wspomniana wcześniej tabliczka z drogowskazem uwzględniała również i ten punkt, ale nie było potrzeby udawania się do szkolnych toalet, bo i nie było też po czym.

 

TABLICA WYNIKÓW:

Elektroniczna, widoczna, działająca.

Czas odmierzała co do sekundy, zaś obok niej rozstawione było wspomniane już rusztowanie z panem spikerem na pierwszym i operatorami telewizyjnych kamer na drugim poziomie.

 

DOPING MIEJSCOWYCH:

Nie zabrakło chyba żadnej grupy kibicowskiej. Było ok. 11 osób, aktywnie dopingujących po łotewsku w asyście bębna i klubowych barw, koneserka władająca głównie językiem rosyjskim, młodzieżowa loża szyderców kwitująca donośnym śmiechem nieudane zagrania panów piłkarzy gości, a także jednoosobowy oddział młodzieżowej januszerki z asortymentem w postaci trąbki w kolorach Łotwy. Ostatecznie młodzieniec okazał się kibicem gości, ale o nich za chwilę. Żałowałem strasznie, że nie znam rosyjskiego, gdyż kilkuosobowe koneserskie grono, obok którego siedziałem, w pierwszej połowie co rusz rzucało jakimiś okrzykami/tekstami, wywołując od czasu do czasu rozbawienie najbliższego otoczenia. W sytuacyjnych komentarzach przodował pan kibic w bluzie i czapce klubu FK Jelgava. Sektor dopingujący wywiesił na obiekcie i w swoim sektorze nieduże banery, zaś po drugiej bramce w 7. minucie rzucił na boisko papierowe serpentyny i z przestojami dopingował cały mecz. W drugiej połowie pizza zamiast dodać im animuszu – rozleniwiła, bo przestoje były większe, ale na koniec zrekompensowali to, odpalając dwie race i małą, zieloną świecę dymną. Niedużo, ale efekt fajny, no i w końcu pierwsza pirotechnika jaką tu zobaczyłem. Jak to jednak jest, że race odpalić można a piwa wypić nie?

 

ZORGANIZOWANI PRZYJEZDNI:

Dla gości przygotowano taki oto dziarski sektor o pojemności 24 osoby.

Nie było w nim jednak nikogo, poza dwójką przypadkowych dzieci. Fani Progressu zmieszali się z przyjezdnymi. Jako pierwszy zdradził się dzieciak z trąbką, który wstał i gniewnie zaczął używać instrumentu, gdy arbiter nie przyznał gościom rzutu rożnego, który im się należał. Jego mama zaś musiała być klubowym fotografem, gdyż robiła zdjęcia profesjonalnym sprzętem. Inni jegomoście wraz z tatą młodego Janusza ujawniali się zaś w trakcie akcji gości słowami „nu dawaj”. Gdy padł jedyny gol dla Olaine, część trybun okazała jawną radość, co jak wspominałem, na Łotwie jest całkowicie normalne. Gdyby tak pozbierać tych wszystkich fanów będących incognito, to myślę, że kilku z nich nawet nie zmieściłoby się w sektorze gości.

 

TEKST MECZU:

– Nav, nav, nav, nav (z łot. Nie ma, nie ma, nie ma, nie ma).

Pan kibic z koneserskiego grona, nie wiedzieć czemu, w pewnym momencie przerzucił się na łotewski. W ten sposób zaklinał akcję zespołu gości i trzeba przyznać, że skutecznie, bo zaraz po tych słowach piłkę przejął obrońca gospodarzy.

 

TEKST MECZU 2:

– Māte, lūdzu ne! (z łot. Mamo, proszę nie!).

W sumie urocza scena. Mała dziewczynka nerwowo ściskała rękaw mamy przytulając się do niej i wypowiadając jednocześnie te słowa, gdy szła groźna akcja gości. To się nazywa miłość do klubu od małego. Z tego co zrozumiałem, w Mettcie musi grać ktoś z krewnych małej kibicki, gdyż wymieniły z matką chyba całą paletę numerów koszulek zastanawiając się, która należy do interesującego ich piłkarza.

 

OGÓLNA FAJNOŚĆ:

9/10.

 

WOLNE WNIOSKI:

Zdecydowanie najlepsza odsłona łotewskiego meczingu w miejscu, w którym się kompletnie tego nie spodziewałem. Przyjemna atmosfera, widać że to lokalny i niekomercyjny klub. Kibicowsko nie zabrakło niczego: doping i w końcu pierwsza pirotechnika, koneserskie grono (które przy mojej znajomości rosyjskiego zapewne licznie wypełniłoby rubrykę TEKST MECZU), wspomniana loża szyderców, goście i młoda januszerka. Dużo też dzieciaków ze szkółki Metty. Sportowo 4 bramki, małe spięcia na boisku, interwencje służb medycznych (gdy pan piłkarz gości dostał łokciem w twarz to nawet liniowy nie wytrzymał i skwitował to słowami „ohohoh”) i plejada kiksów. Na pewno warto tu kiedyś wrócić. Do pełnej dychy w skali fajności zabrakło jedynie piwa i wyższej temperatury powietrza.