Spóźnione, ale szczere podsumowanie meczu Mikrus – Goplania made by wagon pierwszy.

31.3.18, Klasa A kujawsko-pomorska, grupa Bydgoszcz II, Mikrus SzadłowiceGoplania Inowrocław 2:0.

 

PRZEJECHANE KILOMETRY:

9 (w jedną stronę). Tym razem skład z rozegranego kilka godzin wcześniej spotkania w Rojewie (czyli wagon pierwszy i braszka) powiększył się o szanownego tatę obu panów. Zmienił się też pojazd i kierowca, bo tym razem swojego białego rumaka powoził piszący te słowa. Również pogoda towarzyszyła nam zupełnie inna. Bo o ile w Rojewie warunki dalekie były od plażowych, to w Szadłowicach mieliśmy już aurę typowo basenową. To znaczy po zakończeniu meczu czuliśmy się jak po wyjściu z basenu. Nieprzywykły do hardcorowego meczingu senior rodu postanowił nawet pierwszy kwadrans przeczekać w samochodzie, licząc na poprawę, ale po wjeździe na ambicję dołączył do koneserów chłonących widowisko zza linii bocznej. I chyba nie żałował.

 

BILETY:

Niestety, brak. A jako że z żalem wyrażanym na taki stan rzeczy jest jak z wyznawaniem miłości wybranej niewieście (czyli nigdy za wiele) pozwolimy sobie opowiedzieć o naszym rozczarowaniu po raz kolejny. Ogromne było. I biorąc pod uwagę infrastrukturę w Szadłowicach, trudno spodziewać się, by przy kolejnej wizycie (kiedykolwiek by ona nie nastąpiła) sytuacja się zmieniła.

 

SPIKER:

Też nie. Ciekawe, czego na Mikrostadium doczekamy się wcześniej – wejściówek czy mistrza ceremonii? To może od razu zaproponujemy spikera sprzedającego bilety.

 

Z PIWEM NA STADION:

Owszem, ale równie dużym (jeśli nie większym) wzięciem cieszyły się mikstury o większej mocy.

Niestety, niektórzy w zamian za flaszkę zostawili w depozyt w sklepie trochę rozumu.

 

CATERING:

Sklep niedaleko, ale dostępności i asortymentu nie sprawdzaliśmy. W Wielką Sobotę w naszym rodzinnym domu najadłaby się poszcząca kilka dni kompania wojska, więc nawet przez myśl nam nie przeszło, by szukać dodatkowych kulinarnych wrażeń gdzieś indziej.

 

WC:

Nie ma. Nie wiemy też, jak w kontenerze z szatniami.

Na skanalizowany jednak nie wyglądał. Łatwo może nie być, ale da się znaleźć jakiś ustronny zakątek w plenerze.

 

TABLICA WYNIKÓW:

No nie. I jeszcze pewnie długo, długo nie.

 

DOPING MIEJSCOWYCH:

Im bliżej końca meczu, tym gwarniej. W ostatnich minutach udało się nawet co nieco spontanicznie gromadnie poskandować. Głównie jednak skupiano się na wymianie uprzejmości z delegacją z Inowrocławia. Oczywiście wiedzeni kibicowskim instynktem niezawodnie stanęliśmy pośrodku barykady, więc nasłuch mieliśmy idealny.

Uczciwie jednak przyznajemy, że to nie kibice Mikrusa szukali słownej zaczepki. Ale gdy już bywali wywoływani do tablicy, odpowiadali na piątkę.

 

ZORGANIZOWANI PRZYJEZDNI:

Tu też emocje eskalowały z każdą upływającą minutą i wpływającym do gardła kieliszkiem, a jako że wynik był niekorzystny, to i poziom frustracji coraz większy. Oczywiście dominowała narracja podkreślająca, że panowie to są z miasta i z wielkim obrzydzeniem przyjechali na wiochę. Szczególnie jeden dżentelmen miał chyba za gęsto w uzębieniu, bo w pewnym momencie stwierdził, że „mu zimno i idzie poszukać jakigoś prynta, żeby się rozgrzać”. „Prynta” nie znalazł, wymachiwał za to zderzakiem i naprawdę podziwiamy miejscowych, że mu go na tym durnym łbie nie połamali. W końcu ostatecznie rozgrzane głowy dyplomatycznymi zabiegami ostudzili umundurowani funkcjonariusze.

 

TEKST MECZU:

– Patrz, zobocz, państwo z miasta przyjechało!

Pan kibic gospodarzy wskazując na pamiątki, pozostawione przez kibiców gości.

TEKST MECZU 2:

– Tej, my się przecież znumy. Na weselu razym bylim. Przecież my rodzina!

Pan kibic Goplanii do jednego z kibiców Mikrusa po 85 minutach częstowania się obelgami i pokazywania środkowego palca. Po tym wyznaniu panowie padli sobie w ramiona i prawdopodobnie będą żyć długo i szczęśliwie. Wspaniały dowód na to, że futbol zbliża ludzi. I jedna z najbardziej surrealistycznych sytuacji, jakie przeżyliśmy w naszej niekrótkiej już historii szlajania się po stadionach rozmaitych.

 

OGÓLNA FAJNOŚĆ:

8/10.

 

WOLNE WNIOSKI:

Ulewny momentami deszcz, permanentna jazda na dupach na boisku i jeszcze większe zaangażowanie na widowni. Do tego absolutnie nie do uchwycenia słowami klimat boiska w Szadłowicach i jego otoczenia. Kapitalne widowisko.