Spóźnione, ale szczere podsumowanie meczu Mladá Boleslav – Skënderbeu made by Wagon Trzeci.

27.7.17, Liga Europy, III runda eliminacyjna, FK Mladá BoleslavKF Skënderbeu Korçë 2:1.

 

PRZEJECHANE KILOMETRY:

75 (w jedną stronę), koleją z miejsca noclegu w Pradze. W zeszłym roku miałem już okazję podróżować na mecze czeskimi pociągami, więc tym razem środek transportu był oczywisty, tym bardziej, że z hotelu na dworzec miałem może z 300 metrów. To znaczy w linii prostej, bo musiałem odbić drugie tyle, żeby znaleźć knajpę czynną o 10 rano i jakoś zabić czas między wymeldowaniem a planowanym odjazdem.

 

VSTUPENKY/BILETY:

150 Kč, kupione w kasie półtorej godziny przed pierwszym gwizdkiem, tuż po otwarciu kas, w formie anonimowego kartonika. Niezależnie od trybuny cena była taka sama, nikt nawet nie pytał mnie, gdzie chcę usiąść.

Moja miejscówka wypadła pierwotnie w czwartym rzędzie trybuny głównej, ale dość szybko ją porzuciłem, by sprawdzić różne perspektywy. Problemu żadnego.

 

SPIKER:

Wiem, że był, ale jakoś przesadnie się nie wsłuchiwałem. Nie robię tego w Polsce i zagranicą tym bardziej nie.

 

Z PIWEM NA STADION:

Nigdy bym się nie spodziewał, że najgorsze piwo w życiu wypiję w knajpie pod stadionem w Czechach, ale to właśnie spotkało mnie tuż po zakupie biletu. Dlatego strzeliłem tylko jedno i wszedłem na obiekt na długo przed meczem, by przepłukać usta czymś normalnym.

 

CATERING:

Tu już bez niespodzianek, były i punkty stacjonarne przy stadionowej restauracji, i mobilne budy rozsiane przy wejściach na trybuny. Pivečko, zdecydowanie lepsze niż przed bramą, serwowali po 35 koron, kiełbasę po 50, do wyboru białą albo tradycyjną. I teraz sprawdzimy jak u was z matematyką. Wydałem 240 koron – ile piw wypiłem?

 

WC:

Każda trybuna jest w trochę innym stylu i każda ma trochę inne kible, od wmurowanych po toi-toie. Niezmienne jest tylko jedno – oblężenie w przerwie.

 

TABLICA WYNIKÓW:

Kolorowy telebim w jednym z narożników, z niektórych miejsc widoczny bardzo dobrze, a z niektórych trochę mniej.

 

DOPING MIEJSCOWYCH:

Sektor dopingujący (bo nie nazwę ich kibolami ani ultrasami) z jedną flagą i sporym zapałem do wspierania swoich ulubieńców. „Lider” z megafonem w wieku lekko ponadgimnazjalnym.

Chłopaki krzyczeli swoje, reszta stadionu swoje i to nawet dość ochoczo. Często wystarczyło, że dwóch przypadkowych typów na losowej trybunie krzyknęło „Mladá” by kilka tysięcy ludzi odpowiedziało „Boleslav”. Taki klimat też lubię na odmuł, a w Czechach to nawet jakoś pasuje.

 

ZORGANIZOWANI PRZYJEZDNI:

Dziewięcioro prawdziwych Albańczyków, nie żadnych przebierańców z flagą narodową. Piosenek klubowych nie śpiewali, Popka zresztą też nie.

 

TEKST MECZU:

– Kurwa, zawsze jak na mecz idę, to deszcz pada.

Gdzie nie pójdę na mecz w Czechach, tam rodacy. Tym  razem wpadłem na grupę wąsatych Heńków i Edków w koszulkach gospodarzy. Gdzie? Oczywiście we wspomnianym już barze z najgorszym piwem świata, za to w cenie poniżej 4 PLN.

 

TEKST MECZU 2:

– Ty maš papirek?

Po czesku nawet pytanie o bibułki brzmi śmiesznie, po raz kolejny poczułem się, jakby przemówił do mnie Krecik z kreskówki.

 

OGÓLNA FAJNOŚĆ:

7,5/10.

 

WOLNE WNIOSKI:

Europejskie puchary na peryferiach wielkiej piłki to jest bardzo ciekawe doświadczenie. Nie widać zadęcia organizacyjnego, napinki, pivečko normalne a bilety w przeliczniu po 25 ziko. I jeszcze na dowolną trybunę można wejść. Dla mnie bomba!