Wiele klubów piłkarskich ma swoje legendy, znaki rozpoznawcze, symbole. Ludzi, bez których nikt nie wyobraża sobie funkcjonowania danej organizacji. Kimś takim dla Unii Gniewkowo jest Sylwester Zielas. Pan Sylwek.

Formalnie „zaledwie” gospodarz Stadionu Miejskiego im. Mariana Teppera w Gniewkowie, w rzeczywistości – człowiek instytucja. – To fundament naszego klubu. Człowiek, który często wie o nim więcej niż prezes, u zawodników wzbudza większy respekt niż trener, a u kibiców cieszy się większym szacunkiem niż gwiazdy drużyny – mówi Rafał Tyburek, jeden z najlepszych i najbardziej zasłużonych piłkarzy w niespełna 86-letniej historii Unii, dziś trener grup młodzieżowych.

Pan Sylwek w grudniu skończył 70 lat. Wielu jego rówieśników dzień zaczyna od łyknięcia garści medykamentów. Pan Sylwek najczęściej wsiada wtedy na rower i nieśpiesznie pedałuje na ulicę Parkową. Na zdrowie raczej nie ma czasu narzekać. Na stadionie praktycznie na okrągło, czy zima to, czy lato, jest coś do zrobienia. Trzeba wykarczować krzewy, odmalować płot, wskoczyć na drabinę i wyczyścić rynny na mającym najlepsze lata za sobą budynku klubowym, pielęgnować trawę na boisku, wysypać linie, założyć i zdjąć siatki na bramkach, otworzyć i posprzątać szatnie, wydać piłki, wydać stroje kierownikom drużyn (Unia ma zespoły – łącznie z występującymi w IV lidze seniorami – w sześciu kategoriach wiekowych), później je zebrać i uprać, przyjąć sędziów… Można by jeszcze długo wymieniać. Gospodarz, podczas Gniewkowskiej Gali Sportu w 2018 roku wyróżniony nagrodą za wkład w rozwój lokalnego sportu, od początku marca do końca listopada więcej czasu niż w domu spędza na stadionie.

Sam zresztą dba, by panowała na nim domowa atmosfera, bo nierzadko pan Sylwek wciela się też w rolę… kucharza, pichcącego dla zawodników, trenerów i gości swoje popisowe potrawy. – Nigdy nie zapomnę niezniszczalnego gospodarza, pana Sylwka Zielasa, jego ciętych, ale celnych dowcipów i powiedzonek oraz wyrobów kulinarnych, w których jest mistrzem, zwłaszcza bigos i leczo – tak na portalu gniewkowo.eu wspominał pracę w Unii trener Jacek Sobczak, który prowadził zespół w latach 2007–12. Pod jego wodzą drużyna z Gniewkowa po raz pierwszy w historii awansowała do IV ligi. Innym specjałem spod ręki pana Sylwka jest mająca już kilkudziesięcioletnią tradycję kawa zbożowa, nazywana przez zawodników – jakże by inaczej – „sylwestrzanką”.

Pan Sylwek to też człowiek od atmosfery. Lubi żartować, w dodatku robi to w taki sposób, że rozmówca nigdy nie może być pewny, czy to co słyszy, mówione jest z pełną powagą, czy wręcz przeciwnie. Nierzadko sam bywa też obiektem żartów innych osób związanych z klubem. Nikt jednak wtedy nawet nie zbliża się do granicy, za którą leży brak szacunku dla klubowej legendy. Jak się nią stał?

– Nigdy nie grał w piłkę w żadnym klubie. Jak każdy chłopak z jego pokolenia kopał gdzieś na łące, co podkreśla, gdy czasem przy rodzinnym stole próbujemy żartować z jego piłkarskiego doświadczenia – mówi Tomasz Zielas, jeden z czterech synów pana Sylwestra. Każdy z nich próbował piłki, trenowali w Unii. Dwaj na dłużej zostali zawodnikami drużyny seniorów. Jacek był bramkarzem, Tomasz przez ponad 20 lat obrońcą. Dziś jest prezesem MLKS Unia Gniewkowo w jednym z jego najlepszych momentów w historii. Drużyna seniorów w dwa lata awansowała z Klasy A do IV ligi, klub rozwija się organizacyjnie i marketingowo, na stadionie powstała właśnie nowa trybuna na prawie 900 osób. – Tata wsiąkał w Unię powoli. Zaczęło się od męskich wyjść z sąsiadem, Zbigniewem Kaźmierczakiem, który wyciągał go na mecze. Z czasem były to już regularne wizyty. Później treningi zaczynali kolejni synowie, tata angażował się coraz bardziej, wszedł do zarządu. A teraz ma swoje miejsce w jeszcze innym obszarze i chyba czuje się w nim jak ryba w wodzie. Piłkę w innym wydaniu też lubi, ogląda. Ostatnio zwłaszcza Bundesligę z wnukiem – dodaje Tomasz Zielas.

Jego ojciec to też bohater wielu anegdot. Znów oddajemy głos Jackowi Sobczakowi. – Przed meczem z Chemikiem Bydgoszcz, który był zdecydowanym liderem i faworytem spotkania, poprosiłem gospodarza stadionu pana Sylwka, aby nie przycinał zbytnio trawy na Parkowej. Przeciwnicy bardzo dobrze operowali piłką, zawodnicy byli doskonale wyszkoleni technicznie, bardzo wysoko wygrywali poprzednie mecze. W dniu meczu przeciwnik wychodzi zapoznać się z murawą, wyraźnie niezadowolony ze stanu boiska, w tym czasie witam się ze znajomym trenerem przeciwnika również kręcącym nosem na widok płyty. Odpowiadam, że popsuła się kosiarka i stąd ten problem, po czym po kilku sekundach za naszymi plecami pojawia się nasz gospodarz i zwraca się do mnie słowami: „Trener, zrobiłem tak jak kazałeś, nie ciąłem trawy…” – opowiada obecny szkoleniowiec Zootechnika Kołuda Wielka.

Wśród kibiców często wspominana jest też historia z czerwca 2011 roku. Gniewkowo szykowało się wtedy do otwarcia Astrobazy, pierwszej tego typu placówki w województwie kujawsko-pomorskim, projektu bardzo ważnego dla rządzącej wówczas Platformy Obywatelskiej. Na uroczystości pojawił się premier Donald Tusk. Na miejsce dotarł śmigłowcem, który miał wylądować na płycie boiska Stadionu Miejskiego w Gniewkowie. Trzeba więc było o tym poinformować jego gospodarza.

­– Panie Sylwku, premier Tusk przylatuje do Gniewkowa i będzie lądował na boisku – przedstawiono plany zainteresowanemu.

– Jak, k…, będzie lądował, jak ja tu będę miał węże porozkładane?! – odrzekł.

Te słowa doskonale oddają jego podejście do obowiązków. Szef rządu czy Królowa Brytyjska, pożar czy powódź – robota to rzecz święta. Sama się nie zrobi.

– Stroje do prania musiały być zawsze oddane w poniedziałek między 8 a 9 rano. Biada temu, kto się spóźnił – śmieje się Rafał Tyburek.

A premier ostatecznie wylądował na oddalonym kilka kilometrów od Gniewkowa lądowisku wojskowym w Latkowie.

Opoka Unii młodych zawodników trzyma krótko.

– Panie Sylwku, dzisiaj gramy tymi nowymi piłkami, tymi z Ligi Mistrzów? – zapytał jeden z nich przed ważnym meczem.

– A co cię to obchodzi? Jakie dostaniecie, takimi będziecie grać! – gospodarz stadionu nie pozostawił wątpliwości, kto tu rządzi. Oczywiście za chwilę wydał te nowe, te z Ligi Mistrzów.

Z zimną krwią podchodzi też do przebiegu meczów.

Mecz czwartej kolejki obecnego sezonu, beniaminek z Gniewkowa na własnym boisku podejmuje faworyta Lecha Rypin. Prowadzi 2:1, goście w natarciu, pachnie golem. 90. minuta, pan Sylwek jakby nigdy nic wychodzi z budynku klubowego.

– Ile doliczył? – pyta od niechcenia gryzących paznokcie kibiców.

– Trzy – odpowiada ktoś z tłumu.

– Zleci… – rzuca tylko i wraca do swoich zajęć, nie spoglądając nawet na boisko.

Zleciało. Unia wygrała.