Spóźnione, ale szczere podsumowanie meczu Pełta – Gryf made by wagon pierwszy.

22.4.17, Klasa A mazowiecka, grupa Ciechanów-Ostrołęka, Pełta KarniewoGryf Kownaty Żędowe 0:5.

 

PRZEJECHANE KILOMETRY:

64 (w jedną stronę). Jak zwykle trzeba było samemu nakarmić, osiodłać i powozić mechanicznymi końmi. Podróż całkiem przyjemna, między innymi przez niezwykle malowniczy Pułtusk (gdzie wkrótce trzeba się wybrać na jakiś rasowy meczing, bo – wstyd się przyznać – jeszcze nie byliśmy). W okolicy był chyba zlot tuningowanych aut, bo po drodze mijaliśmy sporo odpicowanych z większym lub mniejszym poszanowaniem dobrego smaku mercedesów, BMW, a nawet fiatów 126p. Gdyby jeszcze do szewskiej pasji nie doprowadzało nas świdrujące łeb uporczywe buczenie niewiadomego pochodzenia z okolicy tylnego zawieszenia, to już w ogóle moglibyśmy mówić o pełnym relaksie.

 

BILETY:

Niestety, brak dystrybucji. Nasza teoria głosząca, że ludzie w końcu przestaną przychodzić na mecze, na które nie ma oficjalnych wejściówek, zaczyna się sprawdzać. Ale o tym za chwilę.

 

SPIKER:

Nic z tego. Na otarcie łez była za to jedna z naszych ulubionych instytucji w wielkiej piłce, mianowicie grający prezes.

Pozdrawiamy!

 

Z PIWEM NA STADION:

Regulamin jest nieprzejednany.

Jak to jednak z oficjalnymi dokumentami bywa, warto przeczytać to, co z gwiazdką i małym druczkiem. Tak też zrobiliśmy i okazało się, że newralgiczny zapis nie dotyczy festynów, a za taki bez wątpienia można uznać spotkanie ostatniej z przedostatnią drużyną Serie A.

A tak poważnie – można było wszystko. Jest nawet fajna miejscówka, gdzie aż się prosi spocząć, odpalić grilla i ukoić skołatane boiskowymi wydarzeniami nerwy.

 

CATERING:

Bez szans. Do sklepu zdaje się kawałek, raczej utrudniający podjęcie pieszej wyprawy. Po drodze mijaliśmy też zapraszającą wszystkich smakoszy jadłodajnię.

Poczuliśmy się wywołani do tablicy, ale pozostało tylko oblizać się ze smakiem. Przed meczem (godz. 12) było zamknięte. Po już nie sprawdzaliśmy.

 

WC:

Klasyka gatunku w najlepszym wydaniu.

W opatrzonej kółeczkiem części przeznaczonej dla pań panowało białe szaleństwo.

Część przeznaczona dla panów – tylko dla ludzi o mocnych nerwach lub żołądkach, ewentualnie cierpiących na zaburzenia powonienia.

Cieszcie się, że nie wynaleziono jeszcze aplikacji, pozwalającej przesyłać za pomocą internetu próbki zapachu, bo nie mielibyśmy litości. Jej resztki zużyliśmy podczas sporządzania dokumentacji fotograficznej i uwieczniliśmy kabinę w zdecydowanie najlepszej kondycji sanitarno-higienicznej. Na szczęście jest możliwość znalezienia ustronnego kąta w plenerze.

 

TABLICA WYNIKÓW:

Ależ skąd…

 

DOPING MIEJSCOWYCH & ZORGANIZOWANI PRZYJEZDNI:

Na paru meczach w życiu byliśmy i wydawało nam się, że nic (no – prawie nic) nie jest w stanie już nas zaskoczyć. I mieliśmy rację – wydawało nam się. W dupie byliśmy i gówno widzieliśmy. Mecz w Karniewie przeszedł do historii, bo po raz pierwszy przez większą jego część byliśmy jedynym przedstawicielem kibicowskiej braci na stadionie, nie licząc sympatycznego, ale trochę drewnianego jegomościa.

Na początku na trybunie siedziała czwórka małolatów (nawet coś tam dla żartów podśpiewywali pod nosami), ale przenikliwe wiatrzysko oraz dwa gole dla gości po mniej więcej 10 minutach wywiały ich ze stadionu. Po kilku chwilach zameldowały się dwie kolejne osoby, ale też wkrótce gdzieś zniknęły. Następna dostawa kibica nastąpiła kwadrans przed końcem, gdy skontrolować wynik przypedałował były trener Pełty, prowadzący ją w latach świetności, czyli gdy grała w okręgówce. Ucięliśmy sobie pogawędkę, tuż przed końcem dojechał jeszcze syn naszego rozmówcy, szkolący się na sędziego, i to by było na tyle.

 

TEKST MECZU:

– Mariusz, ale jak wyjdzie, to potrzymaj trochę tą flagę!

Sędzia asystent nie miał najmocniejszych notowań u głównego.

 

TEKST MECZU 2:

– Chłop to na księdza wygląda, a nie na sędziego!

U pana byłego trenera Pełty też nie.

 

OGÓLNA FAJNOŚĆ:

3,5/10.

 

WOLNE WNIOSKI:

Śpieszcie się oglądać Pełtę, bo kto wie, czy następna okazja nie pojawi się dopiero za kilka lat. Jeśli w ogóle… Nie jest to obecnie zjawisko, wokół którego kręciłoby się życie lokalnej społeczności i kto wie, czy garstce ciągnącej ten wózek do przodu (a raczej pchającej pod stromą górę), po spadku do Serie B będzie się jeszcze chciało chcieć. Co do panów piłkarzy, to domyślamy się, że bilans 0–0–16, z jakim gospodarze przystępowali do meczu, który oglądaliśmy, to nie są najbardziej mobilizujące okoliczności, ale mimo wszystko odnosiliśmy wrażenie, że można się było nieco mocniej starać. Chociaż z drugiej strony – chwała im za to, że w ogóle jeszcze wychodzą na boisko. Niżej niż do Serie B spaść już się nie da, więc można było położyć laskę na ten sezon i tak czy inaczej kolejny rozpocząć w Ósmej Lidze Mistrzów. Chyba jednak jeszcze tli się w nich resztka sportowego żaru.