Spóźnione, ale szczere podsumowanie meczu Polska – Rumunia made by Wagon Trzeci.

10.6.17, Mistrzostwa Świata 2018, runda eliminacyjna, grupa E, Polska – Rumunia 3:1.

 

PRZEJECHANE KILOMETRY:

210 (w jedną stronę), samochodem w roli pasażera. Dla kierowcy był to pierwszy wyjazd na jakikolwiek mecz w ogóle, autem do Warszawy chyba też, więc jako przewodnik i nawigator zarządziłem lądowanie na parkingu przy stacji metra Młociny i dotarcie na stadion kolejką podziemną. Wolałem nie powtarzać akcji sprzed kilku lat, gdy kapitalny pomysł z wykupieniem parkingu pod stadionem zaowocował błądzeniem po Mokotowie dwie godziny po końcowym gwizdku. Plan okazał się świetny, bo dotarliśmy na mecz na luzie, bez korków i objazdów, a co ważniejsze – tak samo się z niego wydostaliśmy. Znajomym, którzy wbili autem do centrum, tak łatwo nie poszło.

 

BILETY:

160 PLN + 19,95 za wysyłkę oryginalnego kartonika, bo wydruk własny tradycyjnie pierdolę, jeśli tylko mam taką możliwość. Zakup był możliwy tylko dzięki wyrobieniu karty kibica kilka dni wcześniej, ale trochę nerwów mnie kosztował, bo zanim skurwiały bank współpracujący z PZPN uaktywnił kartę, bilety się sprzedały i trzeba było liczyć na zwolnienie nieopłaconych w terminie rezerwacji. Na szczęście się udało, ale z usług wiadomego banku nie skorzystam już z pewnością nigdy więcej.

 

SPIKER:

Nie słuchałem.

 

Z PIWEM NA STADION:

Za duży gabaryt i przechwycą na bramce, za to setunia przejdzie zawsze. Na szczęście na błoniach i w okolicznych knajpach można co nieco łyknąć.

Najlepszą opcją jest jednak delikatny #beerforemeczing na pobliskiej wiślanej plaży.

Kontrola dokumentów to jak zwykle kpina, wszedłbym pewnie nawet na Paszport Polsatu. Co jednak najważniejsze – nie wpuszczają ze zjebanymi trąbkami. Kolega najpierw spytał dlaczego, ale po minucie spaceru z metra i przejściu przez tunel odpowiedział sobie sam.

 

CATERING:

Jadalna kiełba 14 PLN, prawie jadalny hot-dog w zestawie z napojem mylnie nazwanym piwem 10.

Typowa masówa, nie spodziewałem się rewelacji. Sporą popularnością cieszył się też oczywiście popcorn, ale nawet nie chcę znać ceny, bo nie znoszę tego gówna i najchętniej umieściłbym go na liście produktów zakazanych razem z trąbkami i czapkami z rogami. Błeee.

 

WC:

Jak na tak duży stadion, to chyba trochę za mało, bo kolejka w przerwie jest przerażająca.

 

TABLICA WYNIKÓW:

Czterostronny telebim podczepiony w centralnym punkcie pod dachem. Trudno o lepszy.

 

DOPING MIEJSCOWYCH:

Meksykańska fala i nieskoordynowane „Polska, Polska!”. W sumie było nawet dość głośno, głównie dlatego, że mecz się ułożył, jednak nie była to atmosfera, która zrobiłaby wrażenie na kimś, kto opierdala setkę spotkań na stadionie w ciągu sezonu, zaliczając przy tym derby Krk czy Trójmiasta. Nie to, że się przypierdalam, pogodziłem się już z tym, że mecze kadry na Narodowym to w zasadzie trochę bardziej intensywny piknik i nawet nieszczególnie mi to już przeszkadza.

Dwie samotne race po pierwszym golu i werbalna spina z Rumunami musiały wystarczyć za wszystkie atrakcje.

 

ZORGANIZOWANI PRZYJEZDNI:

Kilka stówek na sektorze z kilkoma flagami, które zwinęli w drugiej połowie, po drobnym spięciu z ochroną i gazowaniu. Nie wiem, czy przyczyną awantury był achtung rzucony z polskiego sektora, czy przyśpiewki sławiące naszych węgierskich bratanków.

 

TEKST MECZU:

– Ria ria Hungaria!

Manifestowanie polsko-węgierskiej przyjaźni ewidentnie nie spodobało się Rumunom i było iskrą, która spowodowała gazowanie sektora przy zamkniętym dachu. Gaz oczywiście nie ulotnił się, i podobno był odczuwalny nawet po przeciwległej stronie trybun. Mam nadzieję, że inteligentni ochroniarze również się trochę nawdychali.

 

OGÓLNA FAJNOŚĆ:

6/10.

 

WOLNE WNIOSKI:

Można sobie być miłośnikiem B klasy, opraw ultrasów i wyznawcą hasła against modern football, ale i tak warto czasem uczestniczyć w trochę festynowym święcie wielkiej piłki. Chociażby po to, żeby zobaczyć ich na żywo.