10 kwietnia 2019, godz. 18:00, 1/2 finału Pucharu Polski, Częstochowa, ul. Limanowskiego 83.

RAKÓW CZĘSTOCHOWA – LECHIA GDAŃSK 0:1.

MECZ NR: 21/100.

PRZEJECHANE KILOMETRY: 219. Po raz pierwszy (i pewnie niestety po raz ostatni) podczas akcji „100 meczów na 100-lecie PZPN” zostaliśmy na mecz dowiezieni.

Z powrotem już tak dobrze nie było, bo prowadzący wycieczkę na mecz kolega Filip, częstochowianin z pochodzenia, został nieco dłużej w rodzinnym mieście i trzeba było wskoczyć w jego buty.

Prawdopodobnie dzięki temu, że do Częstochowy jechaliśmy z miejscowym, udało nam się nie spóźnić. Wyjechaliśmy ze sporym – wydawało się – zapasem, ale przebudowa drogi łączącej Warszawę z Miastem Świętej Wieży powoduje, że łatwiej przewidzieć wyniki wieczornego losowania Lotto niż czas potrzebny na jej pokonanie. Kierowca jednak nie w ciemię bity i wiedział, gdzie wcześniej skręcić, by choć trochę ominąć największe zmieszanie.

TEMPERATURA: 6 stopni Celsjusza. Na szczęście byliśmy na to przygotowani i mentalnie, i sprzętowo.

BILETY: Dobre pytanie, na które niestety nie odpowiemy. Tym razem postanowiliśmy nie ryzykować i wiedząc o gigantycznym zainteresowaniu meczem skorzystaliśmy z dobrodziejstwa akredytacji prasowej.

Tradycyjny proporczyk odebrała rzecznik klubu, pani Daria Wollenberg.

SPIKER: Jest. Bez najmniejszych zarzutów.

CATERING: Oczywiście. Wybór szeroki.

Zjedliśmy kawałek pizzy (5 zł, średnia) i dostarczoną do biura prasowego kiełbasę (znakomita, nie tylko dlatego, że darmowa).

Największe kolejki ustawiały się jednak do stoisk oferujących płynną część meczowego cateringu.

Tu jednak z uwagi na okoliczności mogliśmy się tylko z apetytem przyglądać.

TABLICA WYNIKÓW: Owszem. Sprzężona z fantastyczną budką spikerską.

TOALETA: Wpisująca się w ogólny klimat obiektu.

Do środka nie zaglądaliśmy.

Na wyprawę do Częstochowy ostrzyliśmy sobie zęby długo przed pojawieniem się w klubie trenera Marka Papszuna, gdy o ekstraklasie, a nawet I lidze marzyli tylko najbardziej optymistycznie nastawieni do życia kibice Rakowa. Duże miasto, klub z tradycjami, ale błąkający się gdzież na obrzeżach wielkiej (z polskiego punktu widzenia) piłki, charakterystyczny stadion – to wystarczające magnesy, by przyciągać nas na mecz. Udało się dopiero teraz, ale z przywołanych okoliczności zostały już tylko pierwsza i ostatnia. Tradycji nikt Rakowowi nie zabrał, ale dziś pędzi z owych obrzeży w kierunku centrum wydarzeń w niesamowitym tempie. Przynajmniej sportowo. Nie brakuje opinii, że zespół z Częstochowy gra dziś najładniejszą dla oka piłkę w naszym kraju i jeśli mielibyśmy wyrobić sobie opinię na podstawie meczu z Lechią (było nie było – liderem ekstraklasy, czyli według liczb najlepszą obecnie drużyną w naszym kraju) podpisalibyśmy się pod tą tezą. Odważnie, do przodu, z pomysłem.

W Częstochowie porządną drużynę zbudowano w mniej więcej trzy lata (tyle pracuje tam Papszun). Zobaczymy, jak pójdzie z nowoczesnym stadionem.

Są koncepcje, w teorii także zabezpieczone pieniądze, ale nie uwierzymy, póki nie zobaczymy.

Jedno jest pewne – w ekstraklasie, z którą już się praktycznie wita, Raków przy Limanowskiego w obecnym kształcie nie zagra. I abstrahując od względów bezpieczeństwa, prestiżu, marketingu i kilku innych, po meczu z Lechią aż chce się napisać – szkoda. Bo spotkanie oglądało się kapitalnie. Oglądało to właściwie mało powiedziane. Ścisk na trybunie, stawka meczu i podniosła atmosfera spowodowały, że tak naprawdę odczuwało się go całym sobą. Tu ktoś lekko potrącił, za chwilę zasłonił widok na boisko, na to porcja dymu w nos z papierosa od kibica stojącego obok…

I powtórkę można było obejrzeć.

Świetny piłkarski klimat, trochę w angielskim stylu.

I choć infrastrukturalnie Raków jeszcze kuleje, czuć tu euforię i nie ma wątpliwości, że piłka nożna w Częstochowie, w ostatnich latach mieście zdecydowanie bardziej żużlowym niż futbolowym, jest na fali wznoszącej. Cieszymy się, że mogliśmy na niej choć przez 90 minut popłynąć.

Pytanie, czy jeszcze kiedyś nam pozwolą, bo amuletem przynoszącym Rakowowi szczęście zdecydowanie nie jesteśmy. Zespół poniósł bowiem w całym sezonie trzy porażki, z czego dwie na naszych oczach (byliśmy też w Chojnicach na meczu 3. kolejki Fortuna I ligi, gdy Raków przegrał z Chojniczanką 1:2). Na szczęście na naszą korzyść działa wygrany mecz o Puchar Polski w Sulejówku z Victorią (też z nami na trybunie) oraz poniesiona cztery dni przed spotkaniem z Lechią porażka w Mielcu, której świadkami nie byliśmy. Na szczęście nie jest więc tak, że gdzie my, tam nieszczęście. I tego się trzymajmy.