Spóźnione, ale szczere podsumowanie meczu RasenBallsport (Red Bull) – TSG 1899 made by Wagon Trzeci.

28.1.17, Bundesliga, RB LeipzigTSG 1899 Hoffenheim 2:1.

 

PRZEJECHANE KILOMETRY:

570 (w jedną stronę) popularnymi liniami autobusów dalekobieżnych z przesiadką w Berlinie. Rozwiązanie ekonomiczne, ale trochę niewygodne, zwłaszcza w krajowej części podróży, bo czerwone pojazdy taniego przewoźnika nie słyną z „przestrzeni na nogi”.

 


BILETY:

40 €, kupione w internetowej przedsprzedaży kilka dni wcześniej. Przez dłuższy czas monitorowałem rozchodzenie się wejściówek, jednak sam zakup z różnych przyczyn jak zwykle odkładałem na ostatnią chwilę. Oczywiście doszło do tego, że w pewnym momencie na stronie klubu pojawiła się informacja, że mecz został wyprzedany i w zasadzie planowałem już alternatywną wyprawę w inny rejon Niemiec. Ostatecznie pojawiła się jednak dodatkowa pula na niewykorzystane piętro sektora gości oraz jakieś zwroty i wyprawa na święto modern footballu mogła dojść do skutku.
By dokonać transakcji niezbędna jest rejestracja w systemie biletowym, co nie jest łatwe bez znajomości języka. Od czego jest jednak translator google’a i wrodzona intuicja  Niestety jedyną formą „odbioru” biletu był wydruk we własnym zakresie, więc do kolekcji nic nie wpadło, chyba, że liczyć tę na dysku komputera, bo coraz więcej mam wejściówek w formie pliku PDF. O tempora, o mores.

 


SPIKER:

Ich habe nich verstanden.

 


Z PIWEM NA STADION:

Dwie bramy, czterech ochroniarzy, jedne schody, 15 tysięcy ludzi – w kolejce do wejścia spędziłem 35 minut i przegapiłem pierwszy gwizdek. Stadion – wbrew temu co widać w transmisji telewizyjnej – jest przestarzały w chuj. Same trybuny to nówki, ale są zbudowane w starej niecce a la dawny Stadion Dziesięciolecia, z infrastrukturą w najlepszym stylu made In DDR. Wracając jednak do meritum – z kontrabandą wejść jest trudno, lepiej dopić przed stadionem, co jest rozrywką nader popularną. Tak też zrobiłem, zagryzając wurstem z samobieżnej wurst-budy.

 

CATERING:

Piwo 3,50, bułka ze śledziem 3, ceny podane oczywiście w ojro. Browar podawany w zwrotnym kubku z numerem i nazwiskiem piłkarza lokalnej drużyny z kaucją 1 €. Kubek zatrzymałem sobie na pamiątkę, niestety musiałem potem wyrzucić, wchodząc na mecz piłki ręcznej. W asortymencie także wino białe i czerwone, kilka wersji popularnego energetyka, w zasadzie klubowego, i wszechobecny wurst, czyli po naszemu kiełbasa. Punkty dystrybucji napojów i prowiantu rozdzielone, a kolejki okrutne, dzięki czemu na drugą połowę spóźniłem się jakieś dziesięć minut. Kaucja za kubki powoduje też zator po końcowym gwizdku, gdyż kilka tysięcy ludzi pcha się do punktów dystrybucji zwrócić naczynie i odzyskać pieniądze, blokując jednocześnie przejście tym, którzy chcą zwyczajnie wyjść. Pierwszy raz w życiu stałem w kolejce do wyjścia, tym razem jakieś 15 minut, co po zsumowaniu wcześniejszego czekania w ogonku do wszystkiego daje ponad godzinę straconego bezpowrotnie czasu. A niby ci Niemcy tacy zorganizowani i pragmatyczni…

 

WC:

Stan sanitarno-epidemiologiczny zadowalający, przepustowość średnia.

 

TABLICA WYNIKÓW:

Duuuże, kolorowe telebimy nad trybunami za bramkami. Czytelne i bez zbędnych fajerwerków.

 

DOPING MIEJSCOWYCH:

Niestety występuje. Sektor za jedną z bramek śpiewał i machał flagami, kilka płócien z logo koncernu od popularnych energetyków zawisło też na bandach, a wszystkie wyglądały jak banery reklamowe prosto z drukarni. Barw z czerwonym bykiem mnóstwo też na pozostałych trybunach, na których zasiadło tego dnia ponad 39 tys. kibiców sukcesu. Jakbym nie znał kontekstu i historii klubu, a raczej jej braku, to pewnie propsowałbym atmosferę. Obrzydliwe i przerażające…

 

ZORGANIZOWANI PRZYJEZDNI:

Jak na moje oko ze trzy stówki z flagami, bębnami i głośnym dopingiem. Jeden typ wystąpił w krótkich spodniach, chociaż na termometrze było poniżej zera.

 

TEKST MECZU:

– Hier oder da?

– Hier.


Jak już pisałem, na trybunę wpadłem parę minut po pierwszym gwizdku, więc by przyspieszyć poszukiwanie miejsca z biletu, poprosiłem o pomoc stewarda. Jebany ignorant oczywiście wskazał niewłaściwą część sektora, na szczęście sporo krzesełek było wolnych, więc olałem poszukiwanie swojego i kilka razy zmieniałem lokalizację, żeby dokładniej przyjrzeć się modern gównu z różnych perspektyw.

 


OGÓLNA FAJNOŚĆ:

3/10.

 

WOLNE WNIOSKI:

Mówi się, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła i wycieczka do stolicy Saksonii udowodniła mi, że to przysłowie bywa bardzo prawdziwe. Rzesza pseudofanatyków i morze barw koncernu na meczu klubu, który nie istniał 10 lat temu budzi mój autentyczny niesmak. W jakiś sposób zdawałem sobie sprawę z wszechobecnej komercjalizacji futbolu, ale dopiero dotknięcie własną ręką jej najobrzydliwszej formy uzmysłowiło mi, jak wielkim jest zagrożeniem dla kultury trybun, którą znam, bo okazuje się, że zorganizowany doping można najzwyczajniej kupić. W Lipsku istnieją kluby z tradycjami, które upadły wraz z Murem Berlińskim, jednak dalej egzystują w niższych ligach i mają prawdziwych fanatyków, jednak liczbą „fanów” nawet w najśmielszych snach nie mogą konkurować z wynalazkiem powstałym w 2009 roku. Skąd się wzięli ci ludzie, gdzie byli wcześniej? Nie mogę i nie chcę tego zrozumieć. 
Żeby jednak nie było, że tylko narzekam i hejtuję – mecz na boisku był świetny, co jednak nie dziwi, biorąc pod uwagę, że grały druga i trzecia drużyna jednej z najlepszych lig świata.