Relacja z meczu dwóch drużyn z czuba łotewskiej ligi, nie będąca w tak wybitnym stylu, w jakim tworzą swoje szanowni redaktorzy, jednak pisana ze szczerymi chęciami by Rafał.

PRZEJECHANE KILOMETRY:

Z racji tego, że na stadion nie mieliśmy daleko, bez żadnych namysłów wraz z szanowną partnerką udaliśmy się na obiekt o nazwie „Skonto stadions” pieszo. Z kronikarskiego obowiązku dodam – odległość ok. 1,3 kilometra pokonaliśmy w czasie około kwadransa. Co ciekawe, w bliższej okolicy stadionu współegzystują ze sobą tagi będącej wówczas jeszcze w pełnym składzie koalicji Lechia–Śląsk–Wisła (podejrzewam, że malunki pochodzą jeszcze z sezonu 2011/12, gdy Wisła grała ze Skonto w Lidze Mistrzów) wraz z malunkiem gdyńskiej Arki.

W dalszej okolicy znajduje się jeszcze graf sympatyków litewskiej drużyny koszykówki Lietuvos Rytas i tyle. Mimo czujnej obserwacji, wypatrzona aktywność łotewskich kibiców to całe dwie vlepki Skonto Ryga w centrum miasta, które trudno dostrzec pośród dużo liczniejszych naklejek różnych rosyjskich drużyn.

 

BILETY:

Na poziomie najwyższej krajowej ligi grzechem byłoby nie otrzymać biletu. Kwota 3 euro od osoby wydaje się być atrakcyjną, zwłaszcza za obejrzenie meczu na największym stadionie w kraju. Pani bileterka ręcznie wpisywała na kartoniku nazwę rywala oraz skrupulatnie zaznaczała każdy kartonik sprzedany za 3 euro, za 1,5 euro (dla dzieci i młodzieży) oraz wejściówki vipowskie.

 

SPIKER:

Używający jedynie języka łotewskiego jegomość na początku uprzejmie przywitał wszystkich zgromadzonych, następnie bez zająknięcia wyczytał składy. W trakcie meczu ograniczał się jedynie do komentowania na bieżąco wydarzeń typu kartka, zmiana czy gol. Szczególną euforię w jego głosie dało się wyraźnie wyczuć po dwóch bramkach dla gospodarzy w końcówce.

 

Z PIWEM NA STADION:

Wniesienie własnego zapewne zostałoby dostrzeżone przez ochroniarzy, jednak była możliwość zakupu przy wejściu na trybunę, z czego spora część publiki korzystała. Trunek o nazwie „Mežpils” czterech liter nie urywał, ale powodów do narzekań nie było, schłodzony dobrze pasował do meczu. Cena: 3 euro.

 

CATERING:

Na stadionie działa bistro, zaś przed wejściem na trybunę usytuowany był namiocik z piciem i drobnym jedzeniem. O jakości nie mogę nic napisać, nie zdecydowaliśmy się bowiem na konsumpcję.

 

WC:

W pomieszczeniach pod trybuną. Między punktem sprzedaży piwa i sklepikiem klubowym a bistro. Nieduże, ale nie trzeba było stać w kolejkach. Stan czystości przyzwoity, pozwalał zrealizować każdą potrzebę.

 

TABLICA WYNIKÓW:

Jest, dobrze widoczna, odnotowuje czas co do sekundy.

 

DOPING MIEJSCOWYCH:

Około 20-sto osobowa grupa w koszulkach i szalikach zajęła miejsca na osobnej trybunie, na którą tylko oni mieli wstęp. Przez cały mecz prowadzili doping w asyście bębnów i niewielkich flag na kijach. Nie zraziła ich nawet bramka dla gości, ogólnie dobrze słyszalni.

Na trybunie głównej, poza jednym okrzykiem, nikt nie dopingował. Były tylko dwa wyjątki, o których warto wspomnieć. Pierwszym był pewien jegomość w czapce Spartaka Moskwa, który najprawdopodobniej konsumował jakiś napój alkoholowy przed meczem. Wytrwale próbował porwać tłum do dopingu przy wsparciu klubowej maskotki, ale niestety bezskutecznie. Wysiłki dzielnego fana niestety nie zostały docenione przez służby porządkowe.

Po kilku nieudanych próbach porwania ludzi do dopingu zniknął na kilkanaście minut, wyprowadzony przez pana ochroniarza. Później zaliczył wielki powrót, gdyż po zdobytej bramce dla gospodarzy udało mu się zaangażować część osób do krzyczenia. Cały mecz na trybunie chodziła klubowa maskotka – lew Ri, który przed meczem witał a po spotkaniu żegnał piątkami fanów. Przykuwał zarówno uwagę dzieci jak i dorosłych.

Drugą grupą była ekipa dzieciaków w dresach drużyny o nazwie „Pārdaugava”. W asyście coca-coli, Kubusiów Play i żelków Haribo prezentowali dość ograniczony repertuar składający się na okrzyk „Riga”. Gdy im się znudziło, uskuteczniali walki na puste butelki między sobą, ciąganie za ogon maskotki czy bieganie po trybunach. Nie pomogły interwencje dzielnych opiekunów, więc miało to niestety wpływ na obniżenie komfortu oglądania widowiska oraz wzrost ilości niecenzuralnych szeptów między mną a szanowną partnerką. Jeżeli kiedyś zauważycie dzieciaki w dresach z tym napisem – zmieńcie dla własnego komfortu miejsce.

 

ZORGANIZOWANI PRZYJEZDNI:

Byli. Na drugim krańcu trybuny zebrało się czterech panów wyglądających bardziej na koneserów, jednak swoją obecność zaznaczyli kilkoma okrzykami. Niestety mój słaby aparat w telefonie nie pozwolił na uchwycenie ich. Ponadto porozsiewani po całej trybunie, zmieszani z gospodarzami, tak jak np. obecny na zdjęciu pan kibic Liepāji w szaliku, który kontrastował z niebieskimi barwami gospodarzy, jednak nie był niepokojony przez nikogo.

Kawałek od nas siedziała dziewczyna w bluzie Liepāji z chłopakiem, również bez nieprzyjemności. Ok. 10 osób bez barw, jednak zrywali się jawnie z miejsc po golu dla ich ulubieńców, bądź krzyczący głośno „Liepāja” zaraz po tym jak gospodarze krzyczeli „Rīga”. W Polsce sytuacja zupełnie nie do pomyślenia, tu jednak nikomu to nie przeszkadza. Poza tym na obiekcie obecne osoby w barwach innych klubów: RFS Ryga, pan piłkarz w dresie drugoligowego JDFS Alberts, inny pan piłkarz w dresie drużyny Metta/LU Ryga czy nawet koneser alkoholu i piłki w bluzie nieistniejącego już Metalurgsa Liepāja.

 

TEKST MECZU:

Z racji bardzo podstawowej znajomości łotewskiego i braku tejże jeśli chodzi o rosyjski, nie mogłem zrozumieć, o czym dyskutują miejscowi. Z tego powodu ta rubryka niestety musi pozostać pusta.

 

OGÓLNA FAJNOŚĆ:

7,5/10.

 

WOLNE WNIOSKI:

Nie wiem, jak było za czasów dawnego hegemona Skonto, który obecnie gra w drugiej lidze na boisku jednego z ryskich liceów (sic!), ale ten mecz pokazał, że piłka nożna nie jest tym, co najbardziej rajcuje Łotyszów. Po Skonto na stadionie została tylko nazwa obiektu i pamiątkowa gablota, zaś miejscowi gustują przede wszystkim w hokeju na lodzie i koszykówce. Nic w sumie dziwnego, w tych dyscyplinach idzie im dużo lepiej niż w piłce kopanej. Może podobny impuls jak awans do EURO 2004 pozwoliłby bardziej zainteresować Łotyszy piłką nożną. Jednak fajnie, że jest grupa zapaleńców, którzy wspierają swój klub, a udział w takim wydarzeniu, o tak odmiennym charakterze kibicowskim niż w Polsce, był ciekawym doświadczeniem.