Spóźnione, ale szczere podsumowanie meczu Skrwa – Zryw made by wagon pierwszy feat. wagonik.

27.8.17, liga okręgowa mazowiecka, grupa Płock, Skrwa ŁukomieZryw Bielsk 4:2.

 

PRZEJECHANE KILOMETRY:

112 (w jedną stronę), samochodem w roli kierowcy, z młodzieżą na pokładzie. Innej opcji chyba nie było. Podejrzewamy, że Gdybyśmy chcieli w niedzielę dostać się do Łukomia komunikacją publiczną, pewnie dotarlibyśmy na poniedziałek.

Podróż całkiem przyjemna, mimo że przez mniej więcej 20 kilometrów deszcz napiżdżał tak spektakularnie, że wycieraczki na najwyższych obrotach miały robotę go odprowadzać. Trochę bujaliśmy się elegancką drogą krajową, trochę równie eleganckimi opłotkami. Wycieczka miała też istotny walor edukacyjno-krajoznawczy.

Już na miejscu – tradycyjnie nie do końca przygotowani logistycznie – zatrzymaliśmy się, by o drogę na stadion zapytać spacerującego autochtona. Szczęśliwie złożyło się, że pan podążał dokładnie w tym samym kierunku i w tym samym celu co my, więc połączyliśmy siły i wszyscy byli zadowoleni. Nieskromnie powiemy, że w późniejszym rozrachunku pan chyba nawet bardziej, bo dwie, może trzy minuty po naszym dobiciu pod stadion nastąpiło pięciominutowe oberwanie chmury. Nasz towarzysz ostatnich metrów zdążył się schronić już w innym samochodzie. My prawie też. Prawie, bo w butach chlupało do końca spotkania.

 

BILETY:

Nic a nic. Wystarczy hycnąć nad lub dostojnie przejść obok szlabanu

i już można cieszyć się upajającym widokiem stadionu, meczu i kibiców, otoczonych piękną zielenią.

 

SPIKER:

Niestety, stadion leży dobrych kilkadziesiąt metrów od szkoły, w której znajdują się szatnie, i innych wytworów cywilizacji, więc chyba byłoby sporo zachodu z nagłośnieniem, a co za tym idzie – fachowca brak. Choć z drugiej strony, spiker wyposażony tylko we własny głos – to dopiero byłoby coś.

 

Z PIWEM NA STADION:

Towarzyszący nam na ostatnim etapie podróży stały konsument miejscowych widowisk piłkarskich poinformował, że to niemożliwe, z uwagi na intensywne zainteresowanie tematem panów i pań w mundurach, kręcących się wokół stadionu. Trochę dramatyzował, bo choć rzeczywiście radiowóz krążył w tę i z powrotem, to jego żywe wyposażenie na trybuny się nie fatygowało i kilka butelek z nektarem kibica zostało ukradkiem osuszonych.

 

CATERING:

Przyjechaliśmy wyposażeni. I dobrze, bo zdaje się, że trudno zaopatrzyć się w najbliższej okolicy.

 

WC:

Naprzeciwko trybuny stoi kiblopodobny budyneczek.

Nie widzieliśmy jednak, by ktoś kręcił się w jego pobliżu, więc bardzo możliwe, że to po prostu przechowalnia rozmaitej maści klamotów. Nawet jeśli – zieleni wokół tyle, że i najbardziej wybredny kibic w potrzebie znajdzie dla siebie przytulny zakątek. A w razie poważniejszego rozstroju organizmu podejrzewamy, że nikt nie będzie robił problemu ze skorzystania z toalety w szkole.

 

TABLICA WYNIKÓW:

Tu – w przeciwieństwie do sytuacji z kiblem – żaden obiekt czy konstrukcja na terenie stadionu nie pozwoliły wysnuć przypuszczenia, że to coś mogłoby robić za tablicę.

 

DOPING MIEJSCOWYCH:

Nie wyszedł poza ogólny kanon – trochę oklasków i entuzjazmu po golach Skrwy, wcześniej trochę porad taktyczno-personalnych (goście prowadzili 2:0) plus regularne recenzowanie poczynań panów z gwizdkiem i chorągiewkami, nie zawsze tylko z użyciem literackiej polszczyzny. Jednemu z koneserów na pewno jednak nie można zarzucić braku dobrych manier.

 

ZORGANIZOWANI PRZYJEZDNI:

Nawet jeśli byli, sprytnie i umiejętnie się z tym nie obnosili.

 

TEKST MECZU:

– Nic ciekawego nie było, o dziewiątej wróciłem. Pić nie piłem, bo prowadziłem, to po co miałem siedzieć?

Jako nadworni kierowcy, doskonale pana kibica rozumiemy. Gdziekolwiek był.

 

TEKST MECZU 2:

– A ty co? Irakowi teraz kibicujesz? Za paciatymi jesteś?

Trzeba przyznać, że pan sympatyk gospodarzy dość oryginalnie wybrał sobie międzynarodowy kierunek kibicowskich westchnień. Za Hiszpanią czy Brazylią to każdy głupi umie być :p

No i musimy przyznać, że takiego określenia naszych braci o oliwkowym lub podobnym kolorze skóry jeszcze nie słyszeliśmy.

 

 

OGÓLNA FAJNOŚĆ:

6/10.

 

WOLNE WNIOSKI:

Połączenie futbolu z fantastycznymi okolicznościami przyrody powinno być wymienione – obok okrętu pod pełnymi żaglami, koni w galopie i nieba nad nami – w słynnym hiciorze Wilków „Baśka” jako synonim piękna. A właśnie takiego miksu mieliśmy okazję zasmakować w Łukomiu.

Duże brawa też dla miejscowego pana greenkeepera, który po ulewie na początku meczu, w przerwie ofiarnie doprowadził linie do użytku. A nawet i trochę po przerwie, jak akcja przeniosła się na drugą stronę boiska. Zuch!