Spóźnione, ale szczere podsumowanie meczu Skrwa – Mień made by wagon pierwszy feat. wagonik.

27.8.17, Klasa A kujawsko-pomorska, grupa Włocławek II, Skrwa SkrwilnoMień Lipno 3:2.

 

PRZEJECHANE KILOMETRY:

16 (w jedną stronę), z poprzedniego meczu w Łukomiu, środek transportu i role na pokładzie nie uległy zmianie. Trasa taka, jakie lubimy najbardziej – do centrów cywilizacji daleko, a życie za oknem raczej płynie niż zapieprza. My też zapieprzać nie musieliśmy, bo układający terminarze zadbali o odpowiednią przerwę techniczną, więc mogliśmy się trochę podelektować pograniczem mazowieckiego i kujawsko-pomorskiego.

 

BILETY:

Niestety, brak. Przez chwilę mieliśmy nadzieję, bo gdy zaparkowaliśmy przy boisku (byliśmy jednymi z pierwszych), podszedł do nas pan prawdopodobnie spinający logistycznie całe meczowe przedsięwzięcie, ale niestety zamiast sprzedać nam wejściówki, zapytał czy jesteśmy sędziami… Następym razem chyba powiemy, że jesteśmy :p

 

SPIKER:

Ani spikera, ani muzyki.

 

Z PIWEM NA STADION:

Bardzo ostrożnie. Parkujący za bramką stróże porządku publicznego mają wszystkich na widelcu. Chyba zdarzały się tu w przeszłości kosztujące stówkę na głowę różnice zdań na temat spożywania nektaru kibica między przeciwnikami tego procederu w mundurach a orędownikami po cywilnemu, bo to drugie grono zajęło pozycje taktyczne na końcu boiska, za nieco zasłaniającymi je trybunami, by maksymalnie utrudnić przedstawicielom pierwszej grupy obserwację i ewentualne działania z długopisami i bloczkami w rękach.

Tym razem do konfrontacji nie doszło. Kibice wypili i poszli, mundurowi popatrzyli i pojechali. Można?

 

CATERING:

Zaopatrzyliśmy się przed meczem w sklepie gdzieś chyba w pobliżu centrum Skrwilna. Tak przypuszczamy, bo plakatów meczowych (wisiał zaraz obok) byle gdzie się przecież nie eksponuje.

Niby Skrwilno to nie San Francisco, ale piesza wyprawa w przerwie bez uszczerbku dla pochłonięcia całego widowiska może się nie powieść. Na stadionie nie karmią i nie poją.

 

WC:

Na sąsiadującym ze stadionem Orliku – zamknięte, innych cywilizowanych alternatyw nie widać. W dodatku mimo że boisko sąsiaduje ze ścianą lasu, niełatwo przy płocie znaleźć odrobinę prywatności. Na szczęście w końcu się udało.

 

TABLICA WYNIKÓW:

Brak. Trzeba samemu zachowywać czujność rewolucyjną.

 

DOPING MIEJSCOWYCH:

Poza reakcjami na gole czy spaprane okazje nie działo się nic. Nawet pana sędziego biegającego z chorągiewką wzdłuż linii przy trybunie wyjątkowo oszczędzano. Letnio.

Chociaż nie, sorry. Piro było. Ekologiczne.

 

ZORGANIZOWANI PRZYJEZDNI:

Chyba w większości zostali przy samochodach za bramką. Aktywności nie wykazywali.

 

TEKST MECZU:

– Jak wygrają 3:2, to stawiasz kebaby.

Rzekł tata do swojego – na oko – pięcioletniego syna, gdy miejscowi zaczęli odrabiać straty. No to była uczta!

 

OGÓLNA FAJNOŚĆ:

3,5/10.

 

WOLNE WNIOSKI:

No niestety, spotkania, w których piłkarze po prostu grają w piłkę na normalnym boisku, a kibice zasiadający na niczym niewyróżniających się trybunach po prostu to oglądają, też się zdarzają. Co zrobić…

Najważniejsze, że pan wagonik zadowolony.