9 marca 2019, godz. 15:00, 21. kolejka wielkopolskiej IV ligi, Pniewy, ul. Konińska 9.

SOKÓŁ PNIEWY – WARTA MIĘDZYCHÓD 2:2.

MECZ NR: 6/100.

PRZEJECHANE KILOMETRY: 204, z poprzedniego meczu w Opatówku. Planując dzień nie doceniliśmy rozmiarów Wielkopolski i dopiero, gdy już zaanonsowaliśmy swoją obecność w obu miejscach, zaczęliśmy planować podróż z użyciem Google Maps. Z – zupełnie nie wiedzieć czemu tak nam się wydawało – „pewnie jakichś 100 kilometrów” zrobiło się ponad 200 do pokonania w dwie godziny. Na szczęście większa część dystansu po autostradzie, udało się więc uniknąć kompromitacji.

TEMPERATURA: 8 stopni Celsjusza.

BILETY: 5 zł.

Do kanonu najpiękniejszych polskich biletów z widowisk sportowych raczej nie trafi, ale już sam fakt, że jest, to wartość sama w sobie.

Dużo lepsze wrażenie pozostawiła kasa, w której go nabyliśmy.

SPIKER: Pan Franciszek Szymkowiak.

W Sokole od 53 lat, w tym kilka w roli prezesa. Klubowa legenda. 70 lat na karku (panie Franciszku, proszę się nie gniewać, że publicznie zaglądamy w metrykę), ale w oku wciąż błysk nastolatka, który właśnie został obdarowany pierwszym w życiu pocałunkiem przez szkolną piękność. Człowiek, w którego towarzystwie już po sekundzie od poznania czujesz się, jakbyście znali się od kołyski i zjedli razem nie beczkę, ale kopalnię soli. W dodatku znakomicie przygotowany na wizytę gościa, zaopatrzony w materiały źródłowe i archiwalia.

Ogromna wiedza o piłce, także zakulisowa (pan Franciszek jest blisko spokrewniony z byłym znakomitym piłkarzem m.in. Widzewa Łódź, Wisły Kraków, Trabzonsporu i reprezentacji Polski MirosławemSzymkowiakiem) połączona ze świetną pamięcią do szczegółów i naturalnym darem do dzielenia się tą wiedzą w anegdotycznej konwencji. Świetny gawędziarz. Rewelacyjne spotkanie!

CATERING: Na stadionie brak, ale dla przybysza z dalekich stron realizującego akcję „100 meczów na 100-lecie PZPN” znalazło się coś „spod lady” w siedzibie klubu już po zakończeniu boiskowego widowiska.

TABLICA WYNIKÓW: Absolutna perełka i jeden z wielu na stadionie Sokoła reliktów pamiętających czasy występów miejscowych w ekstraklasie przed ćwierćwieczem.

Podczas meczu z Wartą nieczynna, ale wciąż w formie. Gdy zrobi się cieplej, pan Franciszek będzie do jej obsługi oddelegowywał asystenta z drużyn młodzieżowych.

TOALETA: Tu również czas się nieco zatrzymał, ale – Boże broń – nie czynimy z tego zarzutu wobec nikogo.

 

Sokół Pniewy był bardzo wysoko na liście miejsc, na których odwiedzeniu zależało nam podczas akcji „100 meczów na 100-lecie PZPN”. Kusiło zasmakowanie piłkarskiego klimatu niższej ligi w miejscu, gdzie kiedyś była ekstraklasa. I okazało się, że – niczym dawnego miejscowego asa Zenona Burzawę w sezonie 1993/94, gdy został królem strzelców w najwyższej klasie rozgrywkowej – piłkarski nos nas nie zawiódł. Trafiliśmy na klimatyczny stadion, ciekawy mecz, a przede wszystkim świetnych ludzi, którzy Sokoła noszą w sercu. A także na sercu.

To Ryszard Miczyński, jeden z najbardziej zasłużonych graczy w historii Sokoła, później także trener grup młodzieżowych. Pseudonim „Gerets”, ze względu na podobieństwo z czasów boiskowych (z może i do dziś?) ze słynnym belgijskim obrońcą.

„Gerets” przeszedł z Sokołem całą niesamowitą drogę, w którą klub wyruszył w 1988 roku, gdy zaczynał sezon w Klasie B, a w 1993 roku dotarł na najwyższej klasie rozgrywkowej, którą była wówczas I liga. Pięć awansów w pięć lat!

W elicie jednak nie zagrał. W klubie były już duże, jak na polskie realia, pieniądze, które wykładali właściciele sieci hurtowni Elektromis. Już w II lidze piłkarze na wyjazdowe spotkania do Rzeszowa, Dębicy czy Tarnobrzegu nie tłukli się autokarem, lecz latali samolotem. Do Sokoła zaczęli trafiać piłkarze z całej Polski, jak choćby późniejszy znakomity lewy obrońca Feyenoordu Rotterdam i reprezentacji Tomasz Rząsa (w czasach gry w Sokole bramkostrzelny napastnik, a co ciekawe dziś w barwach klubu z Pniew występuje jego 20-letni syn Patryk) czy wspomniany Burzawa. Tu król strzelców na zdjęciu z Ryszardem Miczyńskim.

– To były wspaniałe czasy, mnóstwo wspomnień, kontaktów i przyjaźni, które są podtrzymywane do dziś – wspomina „Gerets”.

Piłkarzem Sokoła w tamtych czasach był też Paweł Prętki. Dziś to zastępca przewodniczącego Rady Miejskiej w Pniewach. Wyklucza to jego formalny udział we władzach stowarzyszenia, ale – zdaniem Franciszka Szymkowiaka – to jedna z najbardziej zaangażowanych i najważniejszych osób dla Sokoła, która za swój klub dałaby się pokroić. To syn zmarłego w 2009 roku Romana „Dziadka” Prętkiego, wieloletniego działacza, kierownika, wiernego kibica i honorowego członka zarządu Sokoła. „Dziadek” ma niedaleko stadionu ławeczkę poświęconą swojej pamięci, a młodzież rywalizuje w turniejach jego imienia.

– Jesteśmy dumni z naszej historii i chętnie do niej wracamy, ale nią nie żyjemy – podkreśla Prętki.

Sokół chce spoglądać w przyszłość. Doświadczeni działacze przyznają, że przydałoby się trochę świeżej krwi, powiewu młodości i spojrzenia z innej perspektywy. – Nie mamy monopolu na działanie i wiedzę – zaznacza Franciszek Szymkowiak. Mimo konkurencji prywatnych szkółek i prężnie działającego w mieście, występującego w ekstraklasie Futsalu Red Dragons Pniewy, w klubie szkolą około setki dzieci. Na pieniądze na realizację czeka też przygotowany projekt gruntownej przebudowy stadionu przy ulicy Konińskiej. Kto więc chce na własne oczy zobaczyć słynną trybunę, postawioną w czasach Elektromisu, powinien się śpieszyć.

„Gołębnik”, jak trybunę żartobliwie nazywa Franciszek Szymkowiak, zostanie zdemontowany. Górne piętro pójdzie na złom, reszta stanie przy bocznym boisku.

Stadion Sokoła to kawał historii nie tylko lokalnej, ale całej polskiej piłki. Po murawie w meczu pokazowym biegał tu m.in. Berti Vogts, przy 10 tysiącach kibiców Sokół zdobył na nim Puchar Wielkopolski (wręczał go KazimierzGórski, który po części oficjalnej, już w zdecydowanie luźniejszej atmosferze zawierał znajomość z panem Franciszkiem), a w 1993 roku polska młodzieżówka mierzyła się z Holandią.

Miasto przede wszystkim żyło jednak swoją drużyną. Na mecze chodziło po trzy tysiące kibiców, kuszonych także licznymi nagrodami fundowanymi przez hojnego sponsora. Sokół w ekstraklasie spędził dwa sezony, a zanim w wyniku rozmaitych przekształceń, sprzedaży i fuzji wyfrunął do Tychów, zdążył pokonać na własnym boisku późniejszego mistrza Polski Legię Warszawa 1:0 po golu Rząsy w 87. minucie. W składzie gospodarzy był wtedy niejaki Usman Misi. Piłkarz z Zimbabwe rozegrał w polskiej ekstraklasie dwa mecze: ten z Legią oraz wygrany przez Sokoła w Łodzi z Widzewem 2:0. Ciekawe, czy jest w historii naszej piłki zawodnik mogący pochwalić się równie imponującą skutecznością w spotkaniach z tymi legendarnymi klubami.

Z meczem z Widzewem oraz innymi Zimbabwejczykami piszącymi historię Sokoła, Johnem Phirim i NormanemMapezą, wiąże się jedna z anegdot, przytoczonych przez Franciszka Szymkowiaka.

–  W sobotę zremisowaliśmy w Łodzi 2:2, a w czwartek było Boże Ciało. Phiri i Mapeza mieszkali razem, a tego dnia odwiedził ich inny zawodnik Zbyszek Konieczko, znany żartowniś. Siedzą, rozmawiają, aż pod balkon mieszkania zaczęła się zbliżać procesja. Wąska uliczka, ludzie stłoczeni… Norman zapytał Zbyszka, co to jest, o co chodzi? Na to Zbyszek: „Jak to? Nic nie wiecie? To miasto zorganizowało paradę na waszą cześć z okazji remisu z Widzewem!”. Na te słowa John i Norman wiele się nie zastanawiając, hyc na balkon i podskakując zaczęli wymachiwać rękami i pozdrawiać modlących się. Podobno reakcja wiernych wyglądała tak, jakby właśnie zobaczyli dwóch diabłów wcielonych – śmieje się klubowa legenda.

Niedawno historię Sokoła zaczął pisać kolejny obcokrajowiec. Przed rundą wiosenną drużynę wzmocnił 20-letni Japończyk Toa Sugahara.

Skąd Japończyk akurat w Pniewach? – Zgłosił się do nas jeden z menedżerów i zaproponował nam tego zawodnika. Mieliśmy trochę kłopotów kadrowych, więc było nam to nawet na rękę – opowiada prezes klubu Wojciech Michalski, któremu tradycyjnie wręczyliśmy proporczyk z okazji naszej wizyty.

W meczu z Wartą Sugahara może nie zachwycił, ale widać w nim potencjał pozwalający myśleć o grze na wyższym poziomie niż w polskiej IV lidze. Czy z Sokołem? W przyszłym sezonie na pewno nie. Wszystko wskazuje na to, że drużyna do końca rozgrywek będzie się bronić przed spadkiem, a Japończyk musi jeszcze się sporo napracować, by w oczach kibiców stać się kimś takim, jak choćby „Gerets”.

O Sokole w ostatnim czasie było głośno głównie ze względu na dziewięciomiesięczną dyskwalifikację nałożoną na jego zawodnika Patryka Janeczka po złamaniu nogi Marcina Jackowiaka w sparingu z Huraganem Pobiedziska. Działacze nie ukrywają, że to był dla całej społeczności Sokoła przykry i trudny moment. Oby okazał się punktem zwrotnym i już wkrótce lokalni artyści znów będą mogli układać na cześć piłkarzy z Pniew peany pochwalne, jak choćby ten ze złotych czasów klubu.

No, może odrobinę lepsze…