Spóźnione, ale szczere podsumowanie meczu Sokół – Victoria made by wagon pierwszy.

18.3.17, liga okręgowa kujawsko-pomorska, grupa I, Sokół RadominVictoria Lisewo 6:1.

 

PRZEJECHANE KILOMETRY:

22 (w jedną stronę), z poprzedniego meczu w Kowalewie Pomorskim. Trasa prowadziła między innymi przez Golub-Dobrzyń. Nie co dzień w drodze na meczing ma się taki widok:

Jeszcze przyjemniej było w drodze powrotnej. Znów zahaczyliśmy o Golub-Dobrzyń, więc była kolejna okazja rzucić okiem na zamek. Później spory odcinek trasy wiódł doliną Drwęcy, dzięki czemu mogliśmy podziwiać leniwie wijącą się, meandrującą rzekę. Pięknie tam. W dodatku ruch samochodowy raczej niezbyt intensywny, dobre tereny na rower. O spływie kajakowym już nie wspominamy. Kiedyś mieliśmy przyjemność płynąć Drwęcą z Ciechocina do Lubicza, ale przywołanym tu odcinkiem jeszcze nie. Trzeba nadrobić zaległości. Najlepiej oczywiście w połączeniu z meczingiem 🙂

 

BILETY:

Niestety – na stadionie w Radominie chętni oglądają widowiska sportowe nieodpłatnie, nie otrzymują również żadnego oficjalnego potwierdzenia obecności. Chyba że po drodze zdejmą sobie z drzewa plakat…

… a później poproszą kogoś z klubu o pieczątkę. Niestety, na ten genialny pomysł wpadliśmy dopiero pisząc podsumowanie.

 

SPIKER:

Nie pracuje. Nie wiemy też, czy jest to radomińska świecka, piłkarska tradycja, czy może akurat tym razem dżentelmena i jego mikrofon wystraszyła skurwiała przedwiosenna pogoda.

 

Z PIWEM NA STADION:

No jak nie, jak tak! Trzeba jednak wykazywać się wyczuciem i ostrożnością. Przez sporą część spotkania za trybuną stacjonowali bowiem stróże prawa, a nie znamy miejscowych realiów. Nie wiemy, czy panowie pojawiają się na meczach tylko dla urozmaicenia służby, zapewne w tamtej okolicy pełnej przygód, i pogadać z kumplami o starych karabinach, czy może przy bardziej sprzyjającej aurze zdarza im się opuścić cieplutki radiowóz i trochę się do kibiców poprzypierdalać skrupulatnie zadbać o przestrzeganie przepisów prawa.

 

CATERING:

I tak, i nie. Klub niczego nie oferuje, ale dosłownie 10-15 metrów od linii końcowej boiska funkcjonuje sklep spożywczy. Nie zaglądaliśmy do środka, ale sądząć po tak zwanym obrandowaniu, każdy szanujący się konsument widowisk piłkarskich niższego szczebla znajdzie tam coś dla siebie.

Kapitalna jest ta widoczna z prawej strony zdjęcia przybudówka (choć raczej chyba skrzynia ładunkowa zdjęta z jakiegoś dostawczaka). Może się mylimy, ale zdaje się, że to radomińska wersja ogródka piwnego. A przynajmniej taką rolę pełniła podczas meczu. Uwielbiamy takie wynalazki. Swoją drogą – to musi być ciekawe doświadczenie, gdy zamknie się tam ośmiu chłopa i każdy odpali szluga (i to raczej nie marlboro).

 

WC:

Nie zauważyliśmy. Można pewnie skorzystać w budynku z szatniami. Możliwości plenerowe bardzo szerokie.

 

TABLICA WYNIKÓW:

Nie ma takowej, co w przypadku meczu z siedmioma golami może obserwatorom sprawiać pewien kłopot. Sami nawet w pewnym momencie musieliśmy utwierdzić się w przekonaniu co do rezultatu. Na szczęście panowie rezerwowi Sokoła, którzy ruszyli na ratunek tonącej piłce, potwierdzili nasze przypuszczenia.

Znany meczowy matematyk wagon trzeci cienko by śpiewał…

 

DOPING MIEJSCOWYCH:

Nie bardzo. Z jednej strony – dziwne, bo pogoda zdecydowanie sprzyjała wszelkim pomagającym się nieco rozgrzać aktywnościom, z drugiej – mecz się tak ułożył, że emocjonować się nie bardzo było czym.

 

ZORGANIZOWANI PRZYJEZDNI:

Na pewno stojące obok nas podczas pierwszej połowy trio w osobach – prawdopodobnie – ojca z dorosłymi córką i synem. Młodsi szybko jednak wymiękli i zajęli miejsca na trybunie samochodowej.

 

TEKST MECZU:

– No gdzie ty jesteś? Jo tu nawet piwo dla ciebie kupiłym, a ciebie ni ma!

Niestety, nieobecny od początku spotkania kibic(?) okazał się nieprzekupny. Nie dotarł.

 

OGÓLNA FAJNOŚĆ:

5/10.

 

WOLNE WNIOSKI:

W czasie pierwszej połowy nawet nie było nam przesadnie zimno, wydawało nam się też, że prawie nie pada. Postrzeganie rzeczywistości zmieniło się jednak, gdy w przerwie udaliśmy się do samochodu nieco odtajać, usiedliśmy i się oparliśmy. Gnój. Kurtkę można (a nawet trzeba) było wykręcać z wody. Widowisko tak nas zaabsorbowało, że nie zwróciliśmy uwagi, że deszcz był łaskaw zacinać nam prosto w plecy. Dobrze, że w aucie mieliśmy drugą kurtkę, niestety model raczej wiosenny, więc większość drugiej połowy przesiedzeliśmy w aucie. Widoczność była jednak doskonała, nawet gola z karnego nagraliśmy.

Na ostatni kwadrans się jeszcze wyłoniliśmy, pstryknęliśmy kilka zdjęć, ale nie udało się chyba niestety uchwycić i oddać fajnego klimatu stadionu (właściwie boiska), położonego wśród starych wielkich drzew, na których od cholery gniazd pozakładały jakieś wrony albo coś w podobie.

Trzeba wrócić, gdy będzie trochę cieplej.