24 marca 2019, godz. 11:00, 17. kolejka mazowieckiej klasy okręgowej (grupa Ciechanów-Ostrołęka), Nowe Miasto, ul. Zawodzie 1.

SONA NOWE MIASTO – MAKOWIANKA MAKÓW MAZOWIECKI 0:5.

MECZ NR: 13/100.

PRZEJECHANE KILOMETRY: 49. Nie będziemy robić z siebie męczenników, bo akcję „100 meczów na 100-lecie PZPN” uskuteczniamy z najwyższą przyjemnością, jednak od czasu do czasu miło na spotkanie przebyć za kierownicą 50 zamiast 350 kilometrów.

TEMPERATURA: 10 stopni Celsjusza.

BILETY: Brak. Jakiegokolwiek substytutu również.

SPIKER: Brak. Jakiegokolwiek substytutu również.

CATERING: Brak. Głodni lub spragnieni muszą szukać ratunku „na mieście”, a właściwie „na wsi”, bo wbrew pozorom Nowe Miasto miastem nie jest. Było przez 467 lat, ale kilka lat po Powstaniu Styczniowym, jak wiele innych podobnych ośrodków leżących w zaborze rosyjskim, na mocy ukazu carskiego ten status straciło i do dziś go nie odzyskało. Tak czy inaczej – nawet w niedzielne przedpołudnie nie ma problemów, by w Nowym Mieście znaleźć otwarty sklep.

TABLICA WYNIKÓW: Brak. Jakiegokolwiek substytutu również.

TOALETA: Tu z kolei wybór dość szeroki, jest coś zarówno dla tradycjonalistów, jak i odważniej patrzących w przyszłość. Przy trybunie stoi plastikowa kabina jednoosobowa.

Nieco dalej od niej, między główną płytą a nieco zapuszczonym dziś placem treningowym stoi jej starszy, murowany kolega.

Teoretycznie chyba na emeryturze, ale prawdopodobnie wciąż gotowy przyjąć pod dach przybysza w potrzebie.

 

Nowe Miasto w promieniu kilkudziesięciu kilometrów (a może i dalej) znane jest głównie z imprez koncertowo-tanecznych, organizowanych przy miejscowym zalewie na rzece Sonie, do których przygrywają i przyśpiewują największe gwiazdy rodzimej muzyki rozrywkowej. Niewiele wskazuje na to, że wkrótce miałoby się to zmienić za sprawą piłki nożnej. Sona po kilku latach obecności w czołówce ciechanowsko-ostrołęckiej okręgówki, popadła w kryzys organizacyjno-sportowy, z którego próbuje się wygrzebać. Na zakończenie sezonu drużyna mierzyła się nawet w dwumeczu barażowym o awans do IV ligi z Unią Warszawa, ale wyraźnie tę rywalizację przegrała. To był moment, w którym nastąpiło przesilenie. Tak to niestety w futbolu bywa. Brak awansu, gdy był bardzo blisko, powoduje, że z ludzi uchodzi powietrze i pewien etap się kończy. Mimo że patrząc długofalowo prawdopodobnie awans mógł spowodować więcej kłopotów niż korzyści. Przystosowanie obiektu, większe koszty organizacji meczów i wyjazdów… Wyzwań sporo, a nie każdy klub, mimo największego zaangażowania i chęci, jest gotowy im sprostać. W sporcie chodzi o to, żeby wygrywać, ale realia są, jakie są… W kolejnych dwóch latach zespół z walczącego o czołowe miejsca przeistoczył się w ligowego średniaka, w obecnym jego status należy nawet ocenić nieco niżej. Kibice w Nowym Mieście, których jest niemało (niedzielny mecz był naszą czwartą wizytą w tym miejscu i frekwencją zawsze byliśmy pozytywnie zaskoczeni), mieli jednak większe problemy niż wynik sportowy. Przez moment założonemu w 1982 roku klubowi groził paraliż. Nie było chętnych, by dalej ciągnąć ten wózek.

W końcu odpowiedzialność na swoje barki, ręce, nogi i głowę wziął Krzysztof Kowalczyk. Sporo już w piłce widzieliśmy, co nieco o niej słyszeliśmy. Znamy grających trenerów, grających prezesów, ale grającego trenera i prezesa w jednej osobie do tej pory chyba nie spotkaliśmy. A taki właśnie status ma Krzysztof Kowalczyk.

Gdy kilka dni przed wizytą zapowiadaliśmy swoją obecność, pan Krzysztof odpowiedział: „Zapraszam, będę na stadionie od 9”. Czyli dwie godziny przed pierwszym gwizdkiem. Po meczu prawdopodobnie wyjeżdżał z niego ostatni. Samo się nic nie zrobi, trzeba zadbać o każdy szczegół.

Podczas spotkania z Makowianką poznaliśmy Krzysztofa Kowalczyka jako prezesa, poznaliśmy też jako trenera.

Jako piłkarza nie było nam dane, choć niewiele brakowało.

Leczący kontuzję człowiek-orkiestra w Sonie wpisał się do protokołu jako zawodnika trochę asekuracyjnie. Gdy jednak w końcówce meczu urazu doznał jeden z piłkarzy gospodarzy, trzeba było zacząć rozgrzewkę, bo innych opcji wśród rezerwowych już nie było. Sędzia jednak zakończył spotkanie i zmiany nie dokonano.

Sona ma młody zespół, spadek jej raczej nie grozi, można spokojnie budować drużynę. O bieżące funkcjonowanie martwić się przesadnie nie musi, dzięki dotacji z gminnej kasy w wysokości 85 tys. zł rocznie (poza drużyną seniorów klub ma dwie rywalizujące w grupach młodzieżowych) biedować nie musi. Pieniądze problemem nie są (choć wiadomo – nikt się nie pogniewa, gdy będzie ich więcej), jeśli już coś stoi na przeszkodzie w rozwoju Sony, to brak chęci do pomocy Kowalczykowi i kilku innym osobom zaangażowanym w pracę. Przydałoby się jednak trochę zainwestować w infrastrukturę. W Nowym Mieście nie ukrywają, że budynek klubowy prosi się o odświeżenie.

Marzą też o rewitalizacji boiska treningowego.

Jednego z pewnością nie trzeba na stadionie Sony remontować. To coś, co najprościej nazwać „klimatem”. Po prostu na tamtejszym stadionie i wśród miejscowych kibiców przyjemnie ogląda się mecze. Także (a może przede wszystkim) z będącej wizytówką tamtejszego obiektu klatki przeznaczonej dla kibiców przyjezdnych.

Na koniec jeszcze dwa słowa o Makowiance. Po wielu latach w okręgówce w Makowie Mazowieckim najwyraźniej nabrali chętki na IV ligę i pokazują to na boisku oraz wokół niego.

Do rodzinnego miasta i klubu, w którym stawiał pierwsze piłkarskie kroki wrócił 30-letni Kamil Majkowski, kiedyś uważany za wielki talent, mający w dorobku nawet osiem występów w ekstraklasie w barwach Legii Warszawa.

Dołączył do m.in. Michała Złotkowskiego, za którym lata występów w II, III i IV lidze. Jak na okręgówkę, to wciąż znakomici piłkarze i w meczu z Soną nie zamierzali tego ukrywać.

Gospodarze na podobne chwile będą pewnie musieli jeszcze trochę poczekać… Rokowania są jednak pomyślne.