Spóźnione, ale szczere podsumowanie meczu Sparta – Wilga made by wagon pierwszy.

3.5.17, IV liga mazowiecka, grupa południe, Sparta JazgarzewWilga Garwolin 0:0. Mecz rozegrano w Wólce Kozodawskiej.

 

PRZEJECHANE KILOMETRY:

50 (w jedną stronę). Z małą górką, ale zobowiązaliśmy się „po drodze”, czyli nadrabiając jakieś 15 km, podrzucić na miejsce jej zajęć naszą ukochaną małżonkę, a już od starożytności wiadomo, że pacta sunt servanda. Zwłaszcza takich. Niczego nowego o naszym pięknym kraju podczas tej podróży się nie dowiedzieliśmy, może poza tym, że jak kiedyś będziemy chcieli kupić klasycznego mercedesa, to w Piasecznie mają takie na sprzedaż, oraz gdzie jest stadion Jedności Żabieniec.

 

BILETY:

Długo trzymano nas w niepewności. Przy furtce nikt nie stacjonował, ale była jeszcze jedna szansa, bo wejście na trybunę znajduje się za budynkiem klubowym, w takim miejscu, że bardzo długo go nie widać. Serce biło coraz mocniej, kilkanaście kroków wydawało się mieć długość półmaratonu aż tu nagle… dupa. Sprzedaży wejściówek nie prowadzono.

 

SPIKER:

Już po wyjściu z samochodu wpadła nam w oko kapitalna budka spikera. Trudno zresztą, żeby nie wpadła, bo z tego cuda w przerwach między czytaniem składów i informowaniem o golach, zmianach i kartkach można na przykład prowadzić obserwację przeciwpożarową Puszczy Kampinoskiej albo podziwiać krzyż na Giewoncie.

Pana spikera jednak na niej nie zastaliśmy. I w sumie nie ma się co dziwić, bo żeby zdążyć na mecz, musiałby zacząć wdrapywać się na szczyt w pełnym rynsztunku himalaistycznym dwa dni wcześniej, a szkoda Majówki. Poza tym fachowiec z mikrofonem wyglądał na twardo stąpającego po ziemi, zajął więc znacznie bardziej nizinne miejsce przy budynku klubowym.

Co do warsztatu i sprzętu – najwyższa komisja kontrolna nie zgłosiła zastrzeżeń.

 

Z PIWEM NA STADION:

Cholera jasna, trudno powiedzieć. Niby przy wejściu nikt o nic nie pytał, ale nie widzieliśmy na trybunie nikogo raczącego się czymś procentowym. Dostrzegliśmy wprawdzie jakieś dwie zabłąkane butelki po browarach, ale równie dobrze mogły to być pozostałości po przedmeczowym spotkaniu towarzyskim. Ciekawa sprawa. Sami abstynenci czy ludzie prawa, karnie przestrzegający regulaminu?

 

CATERING:

Oferty klubowej brak. O wszystko trzeba było się zatroszczyć we własnym zakresie. Zdecydowanie postawiono na zdrową żywność.

Jeśli jednak ktoś nie był na tyle przezorny, mógł nieopodal uzupełnić zapasy w sklepie sieciowym należącym do francuskich obrzydliwych kapitalistów. W tym samym budynku działa też przybytek reklamujący się jako serwujący obiady domowe, ale akurat w dniu meczu (3 maja) był zamknięty.

 

WC:

Tuż za trybuną. Piękny.

Obecność bojlera sugeruje nawet dostępność ciepłej wody. Nie mieliśmy jednak tyle cierpliwości, by czekać na weryfikację tej śmiałej hipotezy i ręce opłukaliśmy pod zimną.

 

TABLICA WYNIKÓW:

Bardziej spostrzegawczy zdążyli już zauważyć. Lekko nadgryziona zębem czasu (albo spikera himalaisty), ale śmiga.

 

DOPING MIEJSCOWYCH:

Słabiutko. Żadnych, nawet pojedynczych, przyśpiewek czy okrzyków. Również praca sędziego recenzowana w sposób nad wyraz dyplomatyczny i stonowany. Bez płynnych katalizatorów emocji to jednak nie to…

 

ZORGANIZOWANI PRZYJEZDNI:

Wymieszani z miejscowymi. Wkomponowali się doskonale, zarówno pod względem średniej wieku, jak i flegmatycznego stylu konsumowania wydarzeń boiskowych. Mogą żałować, że nie zajęli miejsc w ekskluzywnym sektorze dla gości. My nie potrafiliśmy odmówić sobie tej przyjemności i drugą połowę chłonęliśmy właśnie stamtąd.

 

TEKST MECZU:

– Stefan, a ty zdrowy?

– Stefana to i siekierą nie zabijesz…

Miejscowi koneserzy czują się mocni.

 

OGÓLNA FAJNOŚĆ:

4,5/10.

 

WOLNE WNIOSKI:

Nie wiemy, czy to zasługa letniej temperatury na trybunie i boisku, czy też może z nami akurat tego dnia było coś nie tak, ale cały mecz czuliśmy się, jakbyśmy byli gdzieś obok, w jakiejś bańce, której ani od środka, ani z zewnątrz nie dało się przekłuć. Nie czuliśmy się częścią widowiska. Pewnie odrobina słoneczka mogłaby znacząco pomóc tę bańkę rozbić. Bo potencjał w Wólce Kozodawskiej jest. Stadion ciekawy, wokół dużo zieleni, trybuna klimatyczna i blisko boiska, kozacka klatka. Po prostu czasem coś nie zatrybi i już…