Spóźnione, ale szczere podsumowanie meczu Świt – Unia made by wagon pierwszy.

1.4.17, Liga okręgowa mazowiecka, grupa Płock, Świt Staroźreby – Unia Iłów 2:2.

 

PRZEJECHANE KILOMETRY:

90 (w jedną stronę), jak niemal zwykle samochodem w roli kierowcy, z międzylądowaniem po pięciu kilometrach celem wymiany pasażerów (przy stacji metra żonę przehandlowaliśmy na pana redaktora kartofliska.pl oraz Pana Ambasadora – dobry deal?). W czterech, bo był z nami jeszcze coraz wierniejszy towarzysz meczingowy w osobie syna wagonu pierwszego i przehandlowanej żony, ruszyliśmy do celu. Dawno się z panem redaktorem nie widzieliśmy, więc było o czym gadać (chociaż jakbyśmy się widzieli poprzedniego dnia, to pewnie też by było), swoje trzy grosze wtrącał Pan Ambasador (synuś w tej fazie wyprawy raczej skupił się na zaliczaniu kolejnych leveli w jakiejś pasjonującej gierce), słoneczko przygrzewało… Pięknie było. W końcu dojechaliśmy.

Stare zjeby. #staroźreby #starozreby #meczing #groundhopping #świtstaroźreby #switstarozreby

Post udostępniony przez Pociąg do Futbolu (@pociagdofutbolu)

 

BILETY:

Wstęp wolny (ale jak ktoś szybko chodzi, to też wejdzie).

 

SPIKER:

Pośrodku trybuny, między jej zadaszoną a niezadaszoną częścią, jest przygotowane idealne stanowisko (i to na każde warunki pogodowe) dla uprawiającego tę niedocenianą profesję fachowca, ale niestety – miejsca na podeście zajęła tylko ta trójka:

ta trójka:

oraz my. I choć Pan Ambasador mówił dużo i kwieciście, ale spikerką tego w żaden sposób nazwać nie wypada.

 

Z PIWEM NA STADION:

Wprawdzie regulamin stadionu

oraz ekipa ze srebrnej limuzyny

mają na ten temat inne zdanie, to jednak życie życiem. Nikt Panu Ambasadorowi do plecaka nie zaglądał, poza nim samym rzecz jasna.

 

CATERING:

Na stadionie lipa. I zdaje się, że jeśli nie chce się uronić początku drugiej połowy, do sklepu w przerwie raczej warto zapuścić się autem lub rowerem. Ewentualnie wynajętą tuż za płotem bryczką.

My jednak w potrzebie nie byliśmy. Niezbędne (choć trochę też niespodziewane) zapasy zrobiliśmy już w Staroźrebach, na placu przed kościołem, w powoli pakującym manatki mobilnym sklepie mięsnym.

Sympatyczna pani za ladą poleciła kiełbasę kruchą,

z czego skrzętnie skorzystaliśmy i bardzo sobie tę decyzję chwaliliśmy.

Pan Ambasador dodatkowo nabył kaszankę cienką gryczaną. Jeszcze nie było okazji poprosić o recenzję.

Ale to nie koniec kulinarnych atrakcji w Staroźrebach, nie samą kiełbasą i piłką żyje przecież człowiek. Koniec meczu wypadł w porze obiadowej, a że do kolejnego zostało wystarczająco dużo czasu, by się porządnie posilić, wpadliśmy z wizytą do miejscowego dyktatora smaku.

Pizza trochę sucha, mogłaby być też lepiej doprawiona, ale obleci.

W lokalu najbardziej spodobało się chyba Panu Ambasadorowi (może dlatego, że do placka przygrywało disco polo?), bo postanowił zostać zdecydowanie dłużej, niż zamierzaliśmy. Musieliśmy się z figlarzem trochę podroczyć, by jednak pozwolił się odprowadzić do samochodu 😉

 

WC:

Na pierwszy rzut oka nie widać, choć budynek z szatniami wydawał się ogólnodostępny (ewentualnie po otrzymaniu przepustki jednorazowej od któregoś z kręcących się wokół działaczy). Z załatwianiem potrzeb na łonie natury może być problem. Wokół stadionu same pola i zabudowania, trudno o przytulny, intymny zakątek. Ale jak ktoś się uprze, to znajdzie.

 

TABLICA WYNIKÓW:

Nie ma. Szkoda, bo wokół boiska jest sporo miejsca do zagospodarowania.

 

DOPING MIEJSCOWYCH:

Nic, mimo że młodzieży na stadionie sporo. Najaktywniejsza była jednak ta trochę starsza, zwłaszcza znane już trio kontemplujące widowisko obok nas. Ale też bez przesady. Widzieliśmy już zdecydowanie dynamiczniejsze i bardziej kreatywne grupy koneserów.

 

ZORGANIZOWANI PRZYJEZDNI:

Namierzyliśmy czterech dżentelmenów w wieku, w którym raczej należy spodziewać się wnuków albo nawet prawnuków niż własnego potomstwa. Poprzeżywali, coś tam krzyknęli, udzielili kilku porad taktycznych. I tyle.

 

TEKST MECZU:

– Pod wiater jest!

Jedna z celniejszych uwag przedstawiciela grupy przyjezdnych.

 

TEKST MECZU 2:

– Ja pierdolę, co ja pierdolę?!

Czasem i Pana Ambasadora bierze na chwilę refleksji.

 

OGÓLNA FAJNOŚĆ:

7,5/10.

 

WOLNE WNIOSKI:

Niemal tradycyjnie wybraliśmy miejsce wypadu bez żadnego researchu (ładnie brzmiało i godzina pasowała) i to był dobry strzał. Bardzo schludny obiekt, widać rękę dobrego gospodarza. Tak dobrego, że nawet liści nie wyrzuca, bo nigdy nie wiadomo, czy kiedyś się do czegoś nie przydadzą 😉

Szacunek też dla strojnisia – bramkarza gospodarzy.

Żeby nie było, że z bloga piłkarskiego zrobił się kulinarny – na mecz też popatrzyliśmy.

Piękna pogoda (pozdrawiamy wagon trzeci), pełny żołądek, pod nosem kopią piłkę w sielskim otoczeniu, zacni eksperci i synuś u boku – czego chcieć więcej? No OK, przyznamy się – trochę nas gryzły wyrzuty sumienia po tym przehandlowaniu żony 😉