Spóźnione, ale szczere podsumowanie meczu Świt – Gwardia made by wagon pierwszy.

11.11.17, Klasa A mazowiecka, grupa Warszawa III, Świt WarszawaGwardia Warszawa 3:0.

 

PRZEJECHANE KILOMETRY:

18 (w jedną stronę), autem w roli kierowcy przez Warszawę, więc trudno mówić o mogących wywołać zachwyt okolicznościach przyrody, a z architektury to zwróciliśmy uwagę tylko na stadion Olimpii. Na chwilę w tym pustym łbie zaświtała nam nawet myśl, czy aby nie podjechać do celu komunikacją publiczną i łyknąć sobie przy okazji małe co nieco na rozgrzewkę, ale bardziej kusząca wydała się jednak perspektywa udania się po derbach na kolejne wielkie widowisko piłkarskie. Żeby zdążyć, koniecznie trzeba było użyć samochodu, a po spożyciu z zasady za kółko nie wsiadamy, co i wam gorąco polecamy.

 

BILETY:

Niestety. Wielkich nadziei wprawdzie nie mieliśmy, ale zawsze to przykro jak nie ma. Na pocieszenie wisiał za to strojny plakat zapowiadający mecz.

Nie planujemy, ale jakbyśmy kiedyś jakąś knajpę otwierali, to już chyba wiemy, co robiłoby za główny element wystroju. Plakaty meczowe właśnie. Zrobiłyby robotę.

 

SPIKER:

Brak. Jakoś byśmy nad tym przeszli do porządku dziennego, ale towarzyszący nam (albo my jemu) pan redaktor kartofliska.pl podzielił się z nami pyszną wiedzą na temat tego, jak to drzewiej, czyli choćby jeszcze w zeszłym sezonie, przy Oświatowej wyglądało (my byliśmy pierwszy raz). Spiker spikerem, ale przede wszystkim na meczach Świtu zloty mogli sobie urządzać fani Modern Talking, bo właśnie wspaniała twórczość tego niemieckiego duetu była nieodłącznym elementem oprawy słowno-muzycznej.

Oj, graliby w tej naszej knajpie, co to jej nie planujemy otwierać 😛

 

Z PIWEM NA STADION:

Zdecydowanie. Oczywiście w myśl regulaminu.

OK, pożartowaliśmy, a teraz do rzeczy.

Jako niepijący czuliśmy się na trybunie mocno nieswojo. Tu piwerko, drugie, trzecie, tam małpeczka, tu znów ćwiarteczka. Pach, pach, pach. Rozstrzał gatunków i voltażu godny nieźle zaopatrzonego całodobowego. A panowie w mundurach grzecznie siedzieli w radiowozach za płotem. Można?

 

CATERING:

Na stadionie brak. Jakieś 200 metrów od niego funkcjonuje sklep nazywający się jak nieduży płaz, z którego dobrodziejstwa postanowiliśmy skorzystać między jednym meczem a drugim. Mimo dnia ustawowo wolnego od pracy, był otwarty, ale okazało się, że skorzystać nie bardzo było z czego. Otóż to jedyny znany nam przypadek, że sklep-płaz nie ma w ofercie alkoholu.

Świat schodzi na psy.

 

WC:

Wystrój – późny Jaruzelski. Walory zapachowe – wczesny Gomułka.

Widać, że w klubie się nie przelewa i – broń Boże – nikomu z tego tytułu zarzutów nie czynimy.

Ale po meczu skorzystaliśmy już z krzaczków za kontenerami z szatniami.

 

TABLICA WYNIKÓW:

Nie ma.

Za to zegar rewelacyjny.

Wprawdzie bez profesjonalnych przyrządów optycznych raczej słabo widoczny z trybuny, ale nie bądźmy drobiazgowi.

 

DOPING MIEJSCOWYCH:

Chóralnie tylko kilka spontanicznych okrzyków, głównie po golach. Towarzystwo zdecydowanie nastawione na indywidualne popisy. Zapał i arsenał stosowanych środków rósł z każdą upływającą minutą (choć podejrzewamy, że także inne upływające zmienne miały niemały wpływ na taki stan rzeczy). Niby na trybunie gorąco, ale ani przez chwilę nie czuliśmy się w tym towarzystwie nieswojo. Fajna, gwarna, mocno pikantna atmosfera.

 

ZORGANIZOWANI PRZYJEZDNI:

Mimo doskonałych oznaczeń, w sektorze dla gości pusto.

 

TEKST MECZU:

– Panie sędzio, ale arbuza to się gryzie, a nie połyka w całości.

No nie miał chłopina w sobotę lekkiego życia…

 

OGÓLNA FAJNOŚĆ:

7,5/10.

 

WOLNE WNIOSKI:

Jeśli pogłoski o tym, że Świtu na wiosnę może zabraknąć na futbolowej mapie Polski znajdą potwierdzenie w rzeczywistości, będzie to wielka strata. OK, w Lidze Mistrzów pewnie nigdy nie zagrają, ale takie dzielnicowe (czy wręcz osiedlowe) kluby to przecież sól futbolu. Jest jakaś społeczność, miejsce i okoliczności, by się spotkać (a przy tej okazji także czasami napić – a co, wszystko jest dla ludzi). Nie wszystko da się przeliczyć na pieniądze. Chociaż tu akurat nie one są problemem, bo – jak rzucił ktoś mimochodem na trybunie – kasy to tu nigdy nie było. Chętnie wpadlibyśmy tu jeszcze kiedyś.