Spóźnione, ale szczere podsumowanie meczu Ursus – Pelikan made by wagon pierwszy.

10.3.18, III liga, grupa I, Ursus WarszawaPelikan Łowicz 3:2. Mecz rozegrano na bocznym boisku.

 

PRZEJECHANE KILOMETRY:

23 (w jedną stronę). Podczas zimowych przygotowań szczęśliwie udało się nie utracić uprawnień do własnoręcznego prowadzenia naszego służbowego wehikułu, który – równie szczęśliwie – choć coraz starszy, wciąż dzielnie się trzyma obranego przez kierowcę kursu. Pod stadion w Ursusie zajechał więc sprawdzony duet. Wzruszeń po drodze nie stwierdzono, ale też zbytnio na nie nie liczyliśmy. Podejście typowo zadaniowe – byle jak najszybciej i jak najsprawniej dotrzeć na miejsce.

 

BILETY:

10 zł. Ani ładne, ani brzydkie, ale szanujemy sam fakt dystrybuowania.

Razem z biletem pan kasjer wręczał ulotkę zachęcającą do przekazania na potrzeby klubu jednego procenta podatku. Mógłby popracować nad taktyką, bo robiąc to w stylu Cygana wciskającego kierowcom pod supermarketem wycieraczki albo najnowszego ajfona w rewelacyjnej cenie (tyle że całego z plastiku), raczej odstraszał niż zachęcał do podjęcia tego typu decyzji.

 

SPIKER:

Jeszcze nie w najwyższej formie. A przynajmniej taką mamy nadzieję, bo gorzej, jeśli to była jednak najwyższa…

 

Z PIWEM NA STADION:

Frontową drogą bez szans. Pan obmacywacz urzędujący przy jedynym czynnym wejściu wykonywał swoje obowiązki niezwykle gorliwie i z takim zaangażowaniem, że przez moment poczuliśmy się wręcz zakłopotani. Ale to nie był jeszcze koniec gościnności, bo po przemieleniu przez pana ochraniacza zdążyliśmy postawić dwa kroki, gdy drogę zastąpiło nam trzech umundurowanych funkcjonariuszy, którzy zażyczyli sobie zobaczyć nasz dowód osobisty, a następnie uwiecznić jego awers przy pomocy niedużej kamery.

Ale nie to, że potraktowano nas wyjątkowo. Każdego wchodzącego spotkała ta przyjemność.

Oszczędzono chyba tylko VIP-y i przedstawicieli mediów.

 

CATERING:

Jakieś słodkości przy wejściu. Nie byliśmy zainteresowani. Potrzebujący coś na ciepło lub z procentażem mają do dyspozycji należący do niemieckiego kapitału supermarket jakieś 200 metrów w linii prostej od stadionu. Bez wciskających wycieraczki i najnowsze ajfony na parkingu.

 

WC:

Oczywiście.

Problem w tym, że przed wejściem na obiekt, na którym rozgrywano mecz. Na szczęście nie byliśmy zmuszeni sprawdzić, czy po skorzystaniu można było wrócić.

 

TABLICA WYNIKÓW:

W amerykańskim stylu, czyli z lewej goście, z prawej gospodarze.

Co ciekawe, na głównym stadionie zachowano europejskie standardy.

 

DOPING MIEJSCOWYCH:

Nie wiemy, czy to wina rozgrywania meczu na bocznym boisku, czy przyczyny były inne, ale liczącej często nawet kilkadziesiąt osób grupy aktywnie dopingującej „Traktorki” tym razem nie było. Koneserzy też umiarkowani w swej aktywności.

 

ZORGANIZOWANI PRZYJEZDNI:

Nic a nic.

 

TEKST MECZU:

– Patrz, tą część robiłem!

Wracający do domu pan kibic Ursusa wskazując na stojący w honorowym miejscu eksponat.

#ursuswarszawa #meczing #wreszcie #stadion #stadium #groundhopping #ursus

Post udostępniony przez Pociąg do Futbolu (@pociagdofutbolu)

Co więcej – mówił to z takim przekonaniem, że uwierzyliśmy…

 

OGÓLNA FAJNOŚĆ:

6/10.

 

WOLNE WNIOSKI:

Zaczęło się od megawkurwu, bo mimo zakrojonych na szeroką skalę poszukiwań (zabrakło już chyba tylko psa tropiącego) ni cholery nie mogliśmy znaleźć naszego innego wiernego do niedawna towarzysza piłkarskich podróży, mianowicie aparatu fotograficznego. Co więcej – wciąż nie mamy pojęcia, gdzie łachudra się schował i pisząc te słowa znów się troszeczkę zdenerwowaliśmy. Na szczęście piłka nożna nieco łagodzi w nas obyczaje, a już zwłaszcza po tak długim poście. Fajny mecz się trafił (było 3:0 dla Ursusa, ale goście w dziesięciu wcisnęli dwa gole – działo się), w dodatku wpadł dawno niewidziany kolega Norbert i było z kim pogadać, na łeb nie padało… Jak na rozgrzewkę – całkiem nieźle.