14 kwietnia 2019, godz. 16:00, 11. kolejka łódzkiej Klasy B (grupa Skierniewice I), Kompina.

VICTORIA ZABOSTÓW DUŻY – FENIX BOCZKI 4:3.

MECZ NR: 24/100.

PRZEJECHANE KILOMETRY: 15, z poprzedniego meczu w Placencji. Po drodze było jeszcze międzylądowanie w Łowiczu na obiad i spacer, czyli to, co tygrysy lubią najbardziej – poznawanie Polski przez pryzmat piłki nożnej.

TEMPERATURA: 16 stopni Celsjusza.

BILETY: Niestety brak.

SPIKER: Niestety brak.

CATERING: Brak. Tym razem niekoniecznie niestety, bo po obiedzie w Łowiczu kolejnych kalorii już nie szukaliśmy. Choć znamy takich, którzy uważają, że na słodycze jest oddzielny fragment żołądka, niezależny od nawet chwilę wcześniej pochłoniętych niewiarygodnych ilości wytrawnego jedzenia.

TABLICA WYNIKÓW: Brak. Boisko w Kompinie może się za to pochwalić innym rzadko spotykanym na piłkarskich obiektach elementem wystroju. Choć właściwie to już inwencja sąsiadów, mocno wierzących w chirurgiczną precyzję celujących w bramkę.

Jak się jednak dowiedzieliśmy, to działanie wyłącznie profilaktyczne, bo zanim krata się pojawiła, nikt na stadionie w Kompinie w okienko nie trafił.

TOALETA: Nie zlokalizowaliśmy. Siedziba klubu oraz szatnia dla gości też nie wyglądają na skanalizowane…

 

Ależ to było meczycho! – zwykł mawiać Radosław Rzeźnikiewicz z kanału kartofliska.pl właściwie przy okazji każdego spotkania, które ogląda. Mecz Victoria – Fenix bez wątpienia był jednak Meczychem przez wielkie „M”. Goście do przerwy prowadzili 3:0 i wydarzenia boiskowe wskazywały, że po zmianie stron raczej dopełnią dzieła zniszczenia. Wtedy jednak do akcji wkroczyła pani trener gospodarzy Zofia Kucharska.

Skończyło się 4:3.

– Jak to się robi? – zapytaliśmy po meczu.

– Wytrzymałam horror. Ustawienie zmieniłam, nie widział pan? Na wahadłowe. Z 4–4–2 na 4–3–3 z wahadłowym. I dało radę. Później z wahadła wróciłam znowu do obrony, żeby utrzymać wynik. Tak się ułożył mecz. Przy takim wyniku trzeba próbować, zaryzykować. I myśleć. Dlaczego zmieniłam najlepszego strzelca? Miał żółtą kartkę, a trzeba było podostrzyć. I kto jest górą? – zaczepnie wyjaśniła pani trener. Bez pani Zofii można by zapomnieć o piłce nożnej w Zabostowie Dużym i Kompinie, gdzie Victoria rozgrywa mecze.

– To jest moja mała ojczyzna. Pochodzę stąd. Właściwie nie miał się kto tym zająć, więc ja się zajęłam. I tak wszystko jest w jednym. Jestem wiceprezesem, kierownikiem drużyny, pomocą przedmedyczną. Ale teraz, gdy zdałam egzamin wyrównawczy na licencję UEFA B, powiedziałam sobie, że trzeba podzielić funkcje. Już dzisiaj jednego zawodnika zrobiłam pomocą przedmedyczną. Jest strażakiem, ma kwalifikacje. Kierownikiem też już zrobiłam jednego zawodnika. Gorzej mam z porządkowymi. Muszę się czasem martwić, żeby zachowali trzeźwość umysłu do końca meczu. Tak samo kibice. Dzisiaj byli spokojni, ale czasem słoneczko przygrzeje, strzelają petardami. Ale kupię kamerkę, zamontuję ją na szatni i będę nagrywać. Oczywiście mecz do analizy. A że przy okazji będę miała oko na nieco więcej? Nie boję się kibiców. Słuchają mnie. Ktoś w klubie musi rządzić – śmieje się pani Kucharska, która ze wspomnianego egzaminu przyjechała prosto na boisko.

Trenerka Victorii Zabostów Duży przed laty sama grała w piłkę.

– Zaczynałam na studiach w Gorzowie. Zdobyliśmy akademickie MP w futsalu. Zaproszono mnie na trening do Stilonu, ale gdy zobaczyłam, jak to wszystko wygląda, szybko zrezygnowałam. Dziewczyny bluźniły gorzej niż chłopaki. W ogóle wywodzę się z lekkoatletyki. Rzucałam oszczepem. Do dziś startuję w mistrzostwach świata masters. Ostatnio w Toruniu zajęłam dziewiąte miejsce w pchnięciu kulą – opowiada.

Kobieta prowadząca męski zespół to w Polsce wciąż ewenement. Jak pani Zofii, na co dzień nauczycielce wychowania fizycznego, udaje się to robić już od 15 lat?

– Kiedy trzeba tupnąć, to trzeba. Kiedy trzeba użyć słowa na „k” albo innego na „p” – nie bać się. I trzeba rozmawiać. Piłkarze muszą wiedzieć, że zawsze mogą porozmawiać ze mną, a ja z nimi. Oni coś demokratycznie ustalą, a ja autorytarnie zarządzę. Zazwyczaj to mnie wyprowadzają z równowagi sędziowie. Nie zawodnicy, bo zawodnicy się starają, chcą coś dobrego zrobić. Każdy gra tak jak umie. A że czasem nie wychodzi? Mówi się „trudno”. Nie w takiej klasie jak nasza Bundesliga piłkarzom nie wychodzi – śmieje się. – Dogadujemy się. Może dlatego, że wychowałam się wśród braci. Z piłką miałam kontakt od najmłodszych lat. „Tu staniesz na bramce, a my będziemy strzelać”. Łatwiej pracuje mi się z chłopakami. W szkole też uczę chłopaków. Dziewczyny usiądą na ławce i siedzą i siedzą… Z chłopakami rach, ciach i wszystko jasne. Łatwiej się dogadujemy. Kobiety są bardziej skomplikowane, jeśli chodzi o sport i podejście do niego. Zaczynałam z kobietami, jeździłam na wojewódzkie LZS-y. Sporo dziewczyn, które dla piłki znalazłam, wciąż gra. Wcześniej piłka kobiet nie była popularna – wyjaśnia.

Pani Zofia nie ukrywa, że praca w tak małym klubie nie należy do łatwych, ale potrafi dać mnóstwo satysfakcji.

– Muszę być psychologiem, rehabilitantem, taktykiem, menedżerem, organizatorem. Urząd Gminy Łowicz daje pieniądze, nie powiem. Dostajemy na klub przeszło 20 tys. zł, jak na Klasę B nie jest to mało. Na wynagrodzenie trenera można z tego przeznaczyć 5 tys. zł. Proszę sobie przeliczyć, ile to jest na miesiąc. Na godziny to już nawet szkoda przeliczać. Ale mówię to tylko jako ciekawostkę. Wiadomo, że nie robię tego dla pieniędzy. Jestem idealistką – podkreśla.

Klub – jak na realia Klasy B – może zaoferować zawodnikom naprawdę sporo. Refunduje im zakup butów, wyposaża w torby i dresy. Dostają też zwrot kosztów dojazdów. Niedawno pani Zofia wprowadziła w życie kolejny pomysł.

– Weszłam w umowę z rehabilitantem, przeznaczyłam na to tysiąc złotych. Gdy zawodnik złapie kontuzje, ma możliwość konsultacji i leczenia – wyjaśnia.

Profesjonalnie, choć są przeprowadzane tylko raz w tygodniu, wyglądają też treningi. Pani Kucharska zawsze jest przygotowana do zajęć.

– Nie rzucam nigdy piłki na zasadzie „macie, grajcie”. Przeczytałam od deski „Narodowy Model Gry” i wysłałam chłopakom na Facebooku. Jeśli mamy się zrozumieć, muszą znać podstawy. Zaczęłam teraz wprowadzać treningi według podręcznika UEFA B, a wszyscy wielkie oczy. Ale mówię: „Spokojnie, stopniowo”. Gdybym chciała wszystko na raz, powstałby tylko mętlik. Co innego, gdyby ktoś trenował od piątej klasy, a co innego, gdy ktoś przychodzi do mnie do klubu w wieku 16 czy 17 lat, a nigdy wcześniej regularnie nie trenował. Dziecku łatwiej przyswoić pewne rzeczy – twierdzi pani trener.

Największy problem piłki w Zabostowie Dużym i Kompinie, to jak w wielu klubach najniższego szczebla rozgrywek w Polsce, to infrastruktura.

– Dręczy mnie boisko. Chcę przejąć. Zabostów Duży leży na terenie gminy Łowicz, a więc klub formalnie funkcjonuje tam. Kompina, gdzie mamy boisko, to już gmina Nieborów. Część boiska leży na gminnej ziemi, część na terenie prywatnym. Odejdę jak zrobię z tym boiskiem porządek. Teraz nie mogę nawet napisać żadnego projektu i na przykład starać się o dofinansowanie z Unii Europejskiej. Nie mogę nic. Ale wszystko jest na dobrej drodze. Mam nadzieję, że w pół roku wszystko uda się uregulować. Boisko nigdy nie było porządnie remontowane od 1949 roku, gdy powstała tu i grała Bzura Kompina. Wszystkie drobne prace robimy sami – opowiada pani Zofia.

Patrząc z boku na mecz Victorii Zabostów Duży nie ma wątpliwości, że mają tam coś trudno uchwytnego, ale stanowiącego podstawę życia klubu i drużyny. Atmosferę.

– Gdy pokłócisz się z dziewczynami, to się nie odzywasz. A my na Facebooku sobie pogadamy, oni mi, ja im i wszystko się oczyści. Bez żadnego płynu oczywiście. Nigdy, nawet na zakończenie sezonu. Ja jestem trenerem, trzeba dawać przykład. Namawiają, ale powiedziałam stanowczo. „Nie!”. Takie mam zasady. Ale dla chłopaków po meczu oranżada jest. Zamiast psychologii jest inna sytuacja psychologiczna. Każdy zadowolony. Najważniejsze, żeby się lud bawił – zdradza „tajemnicę” pani Zofia Kucharska.