Spóźnione, ale szczere podsumowanie meczu Victoria – KS made by wagon pierwszy feat. wagonik.

2.6.17, Liga okręgowa małopolska, grupa Wadowice, Victoria ZalasKS Chełmek 0:5.

 

PRZEJECHANE KILOMETRY:

335 (w jedną stronę). Twardo samochodem w roli kierowcy i – niestety – nadal bez klimatyzacji (historia jej naprawy to idealny scenariusz dla pana redaktora kartofliska.pl na przewodnik „Jak nie naprawiać klimatyzacji?”). Po początkowych 300 zatłoczoną drogą krajową do Krakowa czuliśmy się jak koń po westernie, ale półtoragodzinna przerwa techniczna na posiłek i spacerek nad Wisłą postawiła konia na nogi. Reszta trasy to już balsam dla oczu i duszy. Piękna okolica. Nawet sarna nam hycnęła przez drogę (na szczęście w bezpiecznej odległości).

Jeśli będziecie się kiedyś wybierać na meczing do Zalasu, polecamy skorzystać z nawigacji w google maps. Banał, ale zaprowadziła jak po sznureczku, a klub występuje jako osobny obiekt. W przeciwnym wypadku przewidujemy błądzenie, kluczenie i dopytywanie. W centrum świata stadion nie leży. Ani nawet w centrum Zalasu. Droga robiła się coraz węższa i węższa, na końcu to już trudno było się minąć nawet z rowerem.

Za bramę nie wjeżdżaliśmy. Woleliśmy podziwiać.

Ale kopara opadła dopiero jak weszliśmy na stadion.

Przepięknie położony. Uwielbiamy takie obiekty.

 

BILETY:

Przy wejściu nic, ale na początku drugiej połowy między kibicami przechadzało się dwóch panów z puszką.

Musimy chyba trochę popracować nad wizerunkiem, bo ominęli nas szerokim łukiem, najwyraźniej uznając, że wyglądamy na takich, co niekoniecznie mają pięć złotych. Albo na takich, co mają, ale za chuja nie dadzą.

 

SPIKER:

Nie pracował, ale niedogodności związanych z brakiem fachowca na wyposażeniu zupełnie nie odczuliśmy.

 

Z PIWEM NA STADION:

Oczywiście, żadnego problemu. Znaleźli się też amatorzy bardziej wyszukanych trunków.

Wszyscy jednak wzorowo korzystali z tego, co przynieśli. Nie mamy najmniejszych zastrzeżeń. Może poza takim, że w tak pięknych okolicznościach przyrody sami chętnie umoczylibyśmy mordę w czymś niskoprocentowym… Rozumiecie ten ból, prawda?

 

CATERING:

Od obiadu w Krakowie już trochę minęło, więc aż nam się oczy zaświeciły na widok tego oto cudeńka:

Niestety… Czekaliśmy, czekaliśmy, później dla odmiany jeszcze trochę poczekaliśmy, ale roleta się nie podniosła.

Również inne gadżety służące do przygotowania bądź dystrybucji strawy zgodnie z katolickim zwyczajem (w końcu to okręgówka wadowicka) w piątek odpoczywały.

Na resztki niedawnej uczty też się nie załapaliśmy.

Trzeba było kombinować inaczej. Na stadion zajechaliśmy ze sporym wyprzedzeniem, więc był czas na wycofanie się i podjęcie wyprawy poszukiwawczo-zaopatrzeniowej (oczywiście zmotoryzowanej). Skutecznej. Trafiliśmy do sympatycznego klasycznego niewielkiego wiejskiego sklepu, gdzie oprócz asortymentu miłego duszy i wątrobie każdego szanującego się kibica można nabyć na przykład szklaną gadżeto-figurkę, potrzebną chyba tylko po to, by się kurzyła na półce, i pieluchomajtki. Zawsze poszukiwanych przez nas w tego typu punktach handlowych wideł tym razem nie było. Chyba że spod lady.

Reasumując – najlepiej przyjedź wyposażony.

 

WC:

Chyba tylko w budynku klubowym (choć żadnych oznaczeń czy zaproszeń nie widać). Ewentualnie oczywiście bardzo szerokie możliwości plenerowe.

 

TABLICA WYNIKÓW:

Jest i to całkiem strojna.

 

Cwaniaczków w typie naszego wagonu trzeciego, którzy na ten widok zacierają ręce, ciesząc się, że cała odpowiedzialność za śledzenie wyniku spada z ich wątłych barków, przestrzegamy – nic z tego. Aktualizacja następuje dość uznaniowo. Pierwszy gol dla gości, strzelony około 20. minuty, został uwzględniony dopiero w przerwie.

W drugiej połowie było już nieco lepiej, ale zdecydowanie radzimy prowadzić własną buchalterię.

 

DOPING MIEJSCOWYCH:

Zanosiło się na grube uderzenie.

Flagi wisiały już, gdy przyjechaliśmy na stadion, czyli jakieś 45 minut przed meczem. Niestety, wygląda na to, że są stałą dekoracją ogrodzenia. Towarzystwo siedzące tuż obok ograniczyło się do wychwalania niebywałego kunsztu arbitrów przy użyciu słów powszechnie uznawanych za obraźliwe.

Nieco powyżej na ubitej ziemi zasiadła kilkuosobowa grupka – na oko – uczniów późnych klas szkoły podstawowej, przy których leżała sporych rozmiarów płachta materiału. Prawdopodobnie to kolejna flaga lub transparent, lecz młodzieńcy z nieznanych nam przyczyn nie pokazali światu treści tego, co przynieśli.

Generalnie – klimacik raczej tego typu:

 

ZORGANIZOWANI PRZYJEZDNI:

Już sam fakt trafienia na stadion świadczy o dobrej organizacji. Dotarli jednak głównie koneserzy, którzy żadnych kibicowskich działań nie podejmowali.

Ale dowiedzieliśmy się, że KS Chełmek na zgodę z Arsenalem.

 

TEKST MECZU:

– Jak żeście tu trafili?

– Na węch.

Kibice gości mieli równie skuteczną nawigację, co my.

 

OGÓLNA FAJNOŚĆ:

8/10.

 

WOLNE WNIOSKI:

Tego nam było trzeba – w cholerę goli i czerwonych kartek (trzy) na pięknie położonym stadionie z mnóstwem gadżetów, które możemy sobie obejrzeć z każdej strony. I to jeszcze z następcą tronu u boku, który chyba powoli przekonuje się, że wyjazd ze starym na mecz to jednak niekoniecznie musi być najgorsza tortura, jaka może spotkać dziewięciolatka.

Szkoda, że gospodarze znowu lądują w Serie A. Ale chyba byli na to przygotowani.