Spóźnione, ale szczere podsumowanie meczu Widzew – ŁKS made by Wagon Trzeci.

17.5.17, III liga, grupa I, Widzew ŁódźŁKS Łódź 0:0.

 

PRZEJECHANE KILOMETRY:

185 (w jedną stronę) popularnymi liniami tanich autobusów dalekobieżnych. Podróż bez historii, na uwagę może zasługiwać końcowy spacer przez miasto na stadion, w czasie którego można podziwiać twórczość lokalnych artystów. Na przykład taką.

 

BILETY:

Karnet za 140 PLN kupiłem właśnie z myślą o derbach (no i oczywiście meczu otwarcia). Uzasadnienia ekonomicznego to oczywiście nie ma, ale czasem trzeba trochę dołożyć do interesu, a kupno biletu na te mecze dla osoby spoza Łodzi graniczyłoby z cudem.

 

SPIKER:

Właściwie ograniczył się do próśb o zaprzestanie bluzgów i innych bezsensownych funkcji porządkowych. Tyle przynajmniej zarejestrowałem, ale nie oszukujmy się – ten punkt podsumowania od dłuższego czasu nie ma dla mnie kompletnie żadnego znaczenia.

 

Z PIWEM NA STADION:

Raczej trudno, za duży gabaryt. Poręczna setunia to jednak zupełnie inna bajka, więc wybór dla wielu wydawał się oczywisty. Jak ktoś koniecznie musi bronksa strzelić, to pod stadionem raczej problemu nie ma, chociaż funkcjonariuszy aparatu ścigania krąży całkiem sporo. Lepiej zaopatrzyć się wcześniej, bo miejscowe sklepy są mocno oblężone.

 

CATERING:

Mecz zakwalifikowano jako podwyższonego ryzyka, więc piwa tym razem nie było, nawet pomimo niewpuszczenia kibiców gości. I nieważne, że i tak połowa przyszła po spożyciu, a wielu wniosło wódę – 3,5 voltowy sikacz to jest poważne zagrożenie dla porządku publicznego. Nigdy się nie przyzwyczaję…

Dobrze, że takim zagrożeniem nie jest kiełbasa, którą można spożyć po uiszczeniu opłaty w wysokości 10 PLN. Inwestycja nawet całkiem niezła, nie polecam za to produktu nazywanego szumnie hamburgerem, którego pozyskanie również kosztowało mnie pozbycie się portretu Mieszka I.

 

WC:

Przed meczem czysto i przestronnie, ale tego co się dzieje w przerwie nie sprawdzałem.

 

TABLICA WYNIKÓW:

Kolorowe telebimy, te same co ostatnio.

 

DOPING MIEJSCOWYCH:

Efektowny napis „DERBY SĄ NASZE” na prostej i zegarze być może widzieliście.

Sektorówki zawiniętej w jednym punkcie na prostej pewnie nie, bo takimi wtopami nikt się chwalić nie chce.

Doping prowadzony w zasadzie przez trzy trybuny był w sumie bardzo kulturalny jak na pierwszy po latach mecz derbowy. Było oczywiście całkiem sporo „jebania ŁKS-u”, ale nie przybierało ono formy permanentnej i zorganizowanej tak jak się tego spodziewałem. Pomimo tego atmosfera widzewskich trybun to i tak ścisła polska czołówka.

Więcej zdjęć tutaj.

 

ZORGANIZOWANI PRZYJEZDNI:

Niewpuszczeni przez organizatora. Zarząd Widzewa nie wyraził zgody na wizytę gości, gdyż włodarze ŁKS-u nie chcieli wziąć odpowiedzialności za ewentualne straty. Takie jest przynajmniej stanowisko oficjalne. Wiele osób było tym srodze zawiedzionych, dla mnie jednak nie była to żadna niespodzianka – wiadomo, że lepiej sprzedać karnety na miejsca w buforze a potem dodatkową pulę w klatce, niż kupować nowe krzesełka i zamalowywać popularne ostatnio graffiti. Jebane kunktatorstwo. Piłka nożna dla kibiców!

 

TEKST MECZU:

– Jak zjebać derby – nie wpuścić żydów i nie sprzedawać piwa…

Nie wiem, o co chodziło z wpuszczaniem gości w jarmułkach, ale piwka to faktycznie bym się napił 😉

 

OGÓLNA FAJNOŚĆ:

5/10.

 

WOLNE WNIOSKI:

Ja rozumiem, że w derbach nie chodzi o to, żeby grać ładnie w piłkę, ale na to, co się działo w tym spotkaniu na boisku, nie dało się patrzeć bez bólu zębów. Zdecydowanie był to najsłabszy sportowo mecz, jaki widziałem w tym sezonie, a widziałem wiele boiskowej patologii. Przy takim poziomie niewpuszczenie kibiców, czy brak sprzedaży piwa rzeczywiście może urastać do rangi problemu, bo jak oferowany produkt jest chujowy, to się szuka zamiennika, a tu takiej możliwości niestety nie było. Organizator faktycznie spierdolił derbowe święto.