Spóźnione, ale szczere podsumowanie meczu Wilki – Warta made by wagon pierwszy.

24.9.17, Tygodnik Piłkarskiego Niespokoju, dzień 7., liga okręgowa wielkopolska, grupa Konin, Wilki Wilczyn – Warta Eremita Dobrów 3:0.

 

 

PRZEJECHANE KILOMETRY:

55 (w jedną stronę), w pojedynkę samochodem, z niewyprasowanym jeszcze ryjem po nocnym spotkaniu towarzyskim, zakończonym wizytą w lokalu kulturalnym o nazwie Magic Club Niszczewice.

Nie pytajcie o nic więcej…

 

BILETY:

Wstęp darmo i bez pokwitowania. Wprawdzie położenie stadionu, graniczącego z jednej strony z polem kukurydzy, nieco by uszczelnienie nielegalnego dopływu kibiców utrudniało, ale przecież zawsze można zastosować rozwiązania dobrowolno-polubowne. Jakaś puszka „co łaska” krążąca po trybunach zrobiłaby fantastyczną robotę.

 

SPIKER:

Bez, choć kibice spragnieni nasłuchiwania męskiego głosu wzmocnionego elektronicznie mieli podczas meczu z Wartą taką okazję, bo jakieś sto metrów w linii prostej od stadionu w kościele pod wezwaniem świętej Tekli (nasza prababcia miała tak na imię, więc szanujcie Tekle!) odbywała się w czasie meczu odpustowa msza święta. Ale że pleban zgodził się na konkurencję i widowisko piłkarskie o tej samej porze?

 

Z PIWEM NA STADION:

Bez problemu, ale – o dziwo – mimo że na trybunach przeważała zatwardziała koneserka, a wszystko działo się w niedzielne przedpołudnie, spożywających można było policzyć na palcach jednej ręki i to nawet u pracownika tartaku. Ale ci, co spożywali, to przynajmniej z przytupem, bo pod koniec meczu zaaranżowali niezwykle kulturalną utarczkę słowną z kibicami gości.

 

CATERING:

We własnym zakresie. Niektórzy przyszli przygotowani i podjadali coś ukradkiem.

Gdyby kogoś przypiliło znienacka, zdaje się, że wyrobiłby się do sklepu podczas przerwy. Z oddaniem się odpustowemu szaleństwu byłoby już chyba trudniej, bo dealerzy chińskiej tandety i obwarzanków rozstawili się nieco dalej.

 

WC:

Pole kukurydzy o tej porze roku stwarza nieograniczone możliwości w tym temacie. Francuskie pieski muszą liczyć na dobre serce dysponującego kluczami do szatni.

 

TABLICA WYNIKÓW:

Nie ma. Ale za to tablica ogłoszeń kozacka.

 

DOPING MIEJSCOWYCH:

Brak, ale w ogóle nam to nie przeszkadzało, bo wilczyńska koneserka okazała się jedną z najsympatyczniejszych i najbardziej otwartych tego typu grup, jakie spotkaliśmy na naszym futbolowym szlaku. Wystarczyło parę minut na trybunie i lody błyskawicznie zostały przełamane. Przyjęli jak swojego, z prawa i lewa częstując anegdotami, ciekawostkami, tekstami meczu i zapraszając na mecz drugoligowych siatkarzy Wilków.

A w przerwie wręcz domagali się, żeby pstryknąć im fotkę.

Na zdrowie, panowie!

 

ZORGANIZOWANI PRZYJEZDNI:

Około 10 osób wyposażonych w coś na kształt bębna i nie wahających się w niego walić.

Choć właściwie to walił wyłącznie jeden pan.

Garnitur, mokasyny, prochowiec… Ciekawa stylówka jak na przewodniczącego młyna. Raczej Grzegorz Krychowiak niż Staruch.

 

TEKST MECZU:

– Nie siodej tu. Za ciepło. Himoroidy bydziesz mioł.

Dziękujemy panu koneserowi za podsłyszaną życiową mądrość. Zdecydowanie lepiej uczyć się na czyichś błędach. Zwłaszcza w tak delikatnej materii…

 

TEKST MECZU 2:

– Jak by pan do Dobrowa na mecz pojechoł, to tam kobity normalnie szklankami wódkę pijum!

Chyba nie musimy pisać, co trafiło na pierwsze miejsce naszych meczingowych priorytetów?

 

OGÓLNA FAJNOŚĆ:

7/10.

 

WOLNE WNIOSKI:

Byliśmy już nieco zrezygnowani, bo planując niedzielny wyjazd patrzyliśmy tylko na terminarze w kujawsko-pomorskim i nic nam zbytnio nie pasowało. Na szczęście coś nas podkusiło, by zajrzeć tuż za miedzę i to był doskonały strzał. Trafiliśmy na bardzo fajny stadionik z klimatycznymi trybunami i mega pozytywną ekipą. Żeby się jeszcze nie okazało, że na tę obrzydliwą siatkówkę się tam kiedyś wybierzemy… 😛