Spóźnione, ale szczere podsumowanie meczu Wisła – Unia made by wagon pierwszy feat. wagonik.

16.9.17, liga okręgowa kujawsko-pomorska, grupa II, Wisła DobrzyńUnia Gniewkowo 0:4.

 

PRZEJECHANE KILOMETRY:

101 (w jedną stronę), z poprzedniego meczu w Zakroczymiu. Skład niezmienny, podobnie jak dobre humory obecnych na pokładzie.

Poszło (a raczej pojechało) szybko i sprawnie, ale inaczej być nie mogło, z nowym koncertowym albumem Kultu sączącym się z głośników.

Odcinek do Płocka to dla nas już – zachowując terminologię muzyczną – zdarta płyta, ale później przecieraliśmy szlaki i bardzo nam się trasa – w sporej części wiodąca wzdłuż Wisły – podobała. Zdecydowanie najbardziej tutaj:

Jeśli się kiedyś tam przeprowadzimy, to jeszcze do pełni szczęścia założymy knajpę i nazwiemy ją „Robota”. Przynajmniej nie będziemy musieli okłamywać szanownej małżonki, gdy po kilku głębszych, chwiejnym krokiem i ze śpiewem na ustach wrócimy w środku nocy na posesję, a ona zapyta, gdzie byliśmy.

 

BILETY:

Brak, ale był za to dużej klasy substytut.

Ciekawe, ile milionów przemieliła podczas – sądząc po kondycji – bogatej kariery. Podobno żyje jeszcze jeden kibic, który pamięta, że kiedyś puszka była nawet do czegoś tym łańcuchem przytwierdzona i zaplombowana. Absolutnie jednak nikogo nie oskarżamy ani nawet nie podejrzewamy o sprzeniewierzanie owoców zbiórki, zwłaszcza że przedstawiciel organizatora słysząc nasze cmokanie z zachwytu podczas robienia zdjęcia zaproponował komisyjne otwarcie i sfotografowanie zawartości. Nie wiedzieliśmy jednak, jak zareagujemy na widok sumy pieniędzy, z którą nigdy wcześniej nie obcowaliśmy i grzecznie odmówiliśmy. Oczywiście szarpnęliśmy się na małe co nieco z sakiewki i zasililiśmy klubowy budżet. Szkoda, że pokwitowania do kolekcji nie wydawano…

 

SPIKER:

Miejscowego brak. Był za to rezydent gniewkowskiego Parkenstadion, pan Grzegorz, który tym razem mikrofon zamienił na… kierownicę i nieśpieszenie, ale przede wszystkim niezawodnie przywiózł panów piłkarzy gości wraz ze sztabem i garstką kibiców pod stadion w Dobrzyniu nad Wisłą.

Legenda.

 

Z PIWEM NA STADION:

Oczywiście wszyscy bezwzględnie przestrzegali bijącego po oczach przy wejściu na stadion regulaminu.

No, OK, z małymi wyjątkami.

Nie stosowano ich jednak względem zasady „Piłeś? Nie jedź!”.

Ale psa żadnego na stadionie nie widzieliśmy.

 

CATERING:

Solidnie posililiśmy się w Płocku w znanej światowej ścierwodajni (czasami lubimy, nie ma kibiców idealnych), ale gdy już w Dobrzyniu, przy kościele, trafiliśmy na wystawiony przed bramą kram z wyhodowanymi za płotem pomidorami, śliwkami, malinami i innymi naturalnymi cudownościami, dla równowagi z płockimi bezeceństwami nie potrafiliśmy (zresztą nawet nie chcieliśmy) odmówić sobie zrobienia solidnych zapasów.

Niektóre zniknęły lotem błyskawicy.

Dla porządku dodajmy, że na stadionie nie karmią, a wbrew temu co można znaleźć w internecie, pizzeria nieopodal zakończyła swój żywot. Wyprawa do sklepu to jednak tylko kilka minut. Nawet pijany powinien w przerwie ogarnąć temat.

 

WC:

Tuż przy trybunie.

Czyściutko i schludnie. Na ewentualną dostępność papieru – szczęśliwie – nie musieliśmy zwracać uwagi, więc nie zwróciliśmy…

 

TABLICA WYNIKÓW:

Nie ma. Coraz bardziej skłaniamy się ku temu, żeby nasze wyprawy meczowe połączyć z obwoźnym handlem tablicami wyników. Albo chociaż wypożyczalnią.

 

DOPING MIEJSCOWYCH:

Na trybunie gwarno jak w ulu, czuć było zawziętość, a wrażenie potęgował jeszcze blaszany dach. Na oprawę czy skandowanie nikt się jednak nie porwał, na co wpływ pewnie mógł mieć rozpoczynający się pół godziny wcześniej w Płocku mecz Wisły z Pogonią Szczecin.

Po meczu porwało się za to dwóch panów kibiców gospodarzy na wymianę kilku strzałów na papę tuż obok przybijających piątki piłkarzy i kibiców z Gniewkowa. Podejrzewamy, że jednemu z obijających papę nie do końca się to spodobało i chciał o tym kulturalnie z przyjezdnymi porozmawiać, a drugi przytomnie próbował dyplomatę powstrzymać, ale sytuacja wymknęła się spod kontroli.

Niestety, szeryf kilka minut wcześniej udał się do saloonu.

Porwały się też dwie korpulentne białogłowy w wieku około 60 lat, w typie aktywu Koła Gospodyń Wiejskich (choć oczywiście Dobrzyń cieszy się prawami miejskimi od XIII wieku) zasiadającego co niedziela w pierwszej ławce w kościele, na publiczne wyzywanie piłkarzy gości od skurwysynów. Bardzo fajne babeczki.

Nie zmienia to wszystko faktu, że z kilkoma organizatorami czy obecnymi na trybunach ucięliśmy sobie naprawdę sympatyczne pogawędki, więc nie chcemy, żebyście pomyśleli, że w tym Dobrzyniu to tylko chamstwo i buractwo. Bo tak zdecydowanie nie jest. A kto z nas nie napierdalał się na meczu z sąsiadem z trybuny albo prowadząc wnuka za rękę nie nazwał nikogo skurwysynem niech pierwszy rzuci kamieniem. Albo lepiej niech nie rzuca.

Flagi (wywieszane przez organizatorów godzinę przed meczem) też mają całkiem, całkiem.

 

ZORGANIZOWANI PRZYJEZDNI:

Osiem, w porywach do dziesięciu osób. Bez kibicowskich gadżetów.

Raczej kontemplujący i duszący emocje w sobie niż dający im ujście.

 

TEKST MECZU:

Pan koneser chyba nie jest na bieżąco z najnowszymi trendami futbolowej mody. W sumie my też nie…

 

TEKST MECZU 2:

Z panem Grzegorzem może powoli, ale za to dokładnie!

 

OGÓLNA FAJNOŚĆ:

7,5/10.

 

WOLNE WNIOSKI:

Oj, działo się. Nie musimy chyba powtarzać, że najbardziej lubimy mecze, gdy atmosferę na trybunach można nożem kroić. W Dobrzyniu może aż tak gęsto się nie zrobiło, ale na pewno nie była to też imieninowa herbatka u cioci Gertrudy. Widać, słychać i czuć, że żyją tu piłką. A że czasem kogoś trochę poniesie? Gdzie drwa rąbią, tam wióry muszą lecieć.

A Unię znów oglądało się z wielką przyjemnością. Na równym jak stół i miękkim boisku (ukłony dla greenkeepera z Dobrzynia) mogła grać swoje i grała. Gospodarzom serducha odmówić nie można, ale piłkę akurat tu i teraz kopali przeciętnie.

Bardzo udany wyjazd.