Spóźnione, ale szczere podsumowanie meczu Włocłavia – Unia made by wagon pierwszy.

18.11.17, liga okręgowa kujawsko-pomorska, grupa II, Włocłavia WłocławekUnia Gniewkowo 3:0.

 

PRZEJECHANE KILOMETRY:

160 (w jedną stronę). Tym razem podróż znacznie bardziej kombinowana niż zawsze, a to z uwagi na zmianę środka transportu. A właściwie środków. Najpierw kawałeczek komunikacją miejską, a lwią część kilometrów połknęliśmy na pokładzie czerwonego autobusu z sympatycznym bocianem w logo.

Zadbano też o dodatkowe atrakcje, ruszając w Płocku w dalszą drogę bez pasażera, który wyszedł tylko się odlać i poczynić drobne sprawunki. Ktoś z pokładu go jednak dostrzegł, zaalarmował kierowcę, który w najbliższym (choć wcale nie tak bliskim) bezpiecznym miejscu poczekał na spanikowanego i zdyszanego nieszczęśnika.

Podczas finiszowych kilkuset metrów podziwialiśmy uroki Włocławka z perspektywy pieszego turysty. Bardzo ładne miasto. Spokojnie mieści się w pierwszej dziewięćsetce najładniejszych w Polsce.

Pewnie dlatego nam się tak podobało, że podczas podróży wyostrzyliśmy sobie nieco percepcję przy pomocy magicznego nektaru własnej roboty.

Ireneusz Dudek śpiewał, że nie ma brzydkich kobiet, tylko wina czasem brak. Swobodnie podobny związek przyczynowo-skutkowy możemy stwierdzić w przypadku miast.

 

BILETY:

W rzeczy samej. Całe 3 zł. A przynajmniej tyle zawołał od nas urzędujący przy bocznym wejściu pan ochroniarz, a nie wnikaliśmy, czy był przedstawicielem oficjalnego kanału dystrybucji, czy też tajniacko dorabiał w ten sposób do skromnej pensji. Tak czy inaczej – jesteśmy mu wdzięczni, bo nie musieliśmy stać w kolejce do kasy, a dodatku prawdopodobnie dostaliśmy wejściówkę wielokrotnego użytku.

Jak mawia nasz kolega – de facto in blanco.

 

SPIKER:

Był. O wszystkim, co działo się na boisku poinformował w miarę poprawnie, ale tłumów nie rozgrzał. A przydałoby się, bo troszkę piździło.

 

Z PIWEM NA STADION:

Bycie w porządku pana ochroniarza nie ograniczyło się do błyskawicznej sprzedaży nam biletu. Po ludzku podszedł też do dwóch dość mocno zmęczonych podróżą kibiców z Gniewkowa, których po prowadzonych przez nas zażartych negocjacjach, poprzedzonych kilkuminutowym odpoczynku i intensywnym wdychaniu przez nieszczęśników świeżego powietrza, wpuścił na stadion. Panowie bardzo nam w zabiegach dyplomatycznych pomagali, na przykład upuszczając niefortunnie pod nogi pana ochroniarza mające zostać tajniacko wniesione na mecz piwo. Nic więc dziwnego, że się udało. Niestety – połowicznie, bo piwa jednak nie wpuszczono. Zawartości naszego bagażu już nie sprawdzano, podobnie było z kilkunastoma innymi osobami korzystającymi z tego samego wejścia. Co innego przy głównej bramie – tam trzepanie od stóp do głów. A to wszystko pod czujnym okiem.

 

CATERING:

Wiele lat temu z przyczyn zawodowych dość regularnie bywaliśmy we Włocławku na meczach koszykarskiego Anwilu i obowiązkowym punktem programu było zawsze posilenie się w funkcjonującej przy dworcu kebebodajni. Tym razem więc też nie mogło być inaczej.

Wołowina na miękkim z łagodnym – 10 zł. Nadal klasa sama w sobie.

To jednak nie koniec kulinarnych atrakcji, bo już na stadionie, szukając odrobiny ciepła w budynku klubowym w przerwie meczu, trafiliśmy przypadkiem do pokoju (być może dla VIP-ów), gdzie też czekała wyżerka. O dziwo ograniczyliśmy się do sporządzenia dokumentacji fotograficznej. Do ust nic nie wzięliśmy.

 

WC:

My skorzystaliśmy z przybytku w budynku klubowym. Bez zastrzeżeń. Nie wiemy niestety, jak wygląda sytuacja po drugiej stronie trybun.

 

TABLICA WYNIKÓW:

Zdecydowanie ładniejsza na żywo niż na zdjęciu (mieliśmy awarię aparatu, musieliśmy ogarniać telefonem).

Szkoda tylko, że odpowiedzialni nie zadali sobie trudu, by zorganizować logo Unii, bo wyglądało to, jakby grała sama Włocłavia.

 

DOPING MIEJSCOWYCH:

Około stu osób, może ciut więcej, pod dwoma flagami. W przeciwieństwie do meczu w Brześciu Kujawskim, gdzie też widzieliśmy ich w akcji, tym razem nie zaprezentowali racowiska, a klatowisko.

Częstotliwość i głośność dopingu przyzwoita, choć słyszeliśmy już w życiu mniej liczne, ale za to głośniejsze i bardziej wytrwałe ekipy.

 

ZORGANIZOWANI PRZYJEZDNI:

Około 20 osób, głównie koneserka. Trwały ożywione dyskusje, ale żadnych działań związanych z dopingiem towarzystwo nie podjęło. Noo, może poza jednym. Po kolejnej wiązance puszczonej przez miejscowych na Elanę, jeden z kibiców z Gniewkowa nie pierwszej już młodości przypomniał sobie o płomiennym uczuciu, jakim darzy toruński klub i ile fabryka w gardle dała przez dobre pół minuty wykrzykiwać przy płocie „Elanaaaaa!!! Kocham Elanęęęęę!”. Po czym przez nikogo nie niepokojony wrócił do konsumpcji wniesionego napoju. Ma gość fantazję, takich ludzi nam trzeba.

 

TEKST MECZU:

– Zamknijcie się kurwa wreszcie, bo zaraz zadzwonię po chłopaków na drugą stronę!

– To dzwoń. Ty to se kurwa możesz najwyżej po pizzę zadzwonić.

Młodemu kibicowi Włocłavii chyba nie do końca odpowiadały rozmowy kibiców przyjezdnych. Dla porządku dodamy, że żadne posiłki nie dotarły. Ani z drugiej strony, ani z pizzerii.

 

OGÓLNA FAJNOŚĆ:

7/10.

 

WOLNE WNIOSKI:

Fajna odmiana od ciągłych podróży samochodem, taka autobusowa wyprawa. A że w dodatku okraszona kilkoma anegdotycznymi zdarzeniami, to już w ogóle bajunia. Oj, będziemy tęsknić w te długie zimowe miesiące…