Spóźnione, ale szczere podsumowanie meczu Ziemowit – Orzeł made by wagon pierwszy.

30.4.17, Klasa A kujawsko-pomorska, grupa Włocławek, Ziemowit OsięcinyOrzeł Służewo 0:2.

 

PRZEJECHANE KILOMETRY:

45 (w jedną stronę). Oczywiście jak zwykle cały ciężar logistycznego zabezpieczenia wyprawy spoczął na barkach piszącego te słowa. Długo zanosiło się na towarzystwo, ale ostatecznie brat zamiast penetracji nieznanych mu dotychczas obszarów na piłkarskiej mapie naszego pięknego kraju wybrał leczenie pozostałości po sobotniej nocy na własnym skrawku polskiej wersji RODOS (dla mniej rozeznanych w temacie – Robotniczego Ogródka Działkowego Otoczonego Siatką). Pretensji za tę decyzję nie mamy, zwłaszcza że po powrocie dołączyliśmy i nie musieliśmy czekać aż kiełbasa się ugrilluje. Januszada pełnym ryjem.

 

BILETY:

Skandaliczny brak. Bilet biletem (choć nie będziemy ściemniać, że nie liczyliśmy, zwłaszcza po tym jak grzebiąc ostatnio w szpargałach znaleźliśmy cudeńko z bodaj 2005 roku), ale najbardziej zabolało nas, że odłogiem stoi ten oto przecudowny wyrób miejscowej złotej rączki.

Szanowni decydenci – zróbcie coś z tym w trybie natychmiastowym.

 

SPIKER:

Jeśli pięć dni po meczu nie potrafimy sobie przypomnieć, czy pracował, to nawet zakładając, że tak – nie był to raczej występ na miarę Freddiego Mercury’ego na Wembley w 1986 roku.

Ani nawet Mandaryny w Sopocie w 2005.

Z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością stawiamy jednak, że panowała krępująca cisza.

 

Z PIWEM NA STADION:

Jeśli chodzi o sam proces wnoszenia, to nie było większego problemu, bo przy bramie nie wystawiono nawet namiastki posterunku weryfikującego zawartość kieszeni i pazuch wchodzących na stadion. Gorzej z sensownym spożytkowaniem. Wokół stadionu kręciło się sporo – jak na wielkość miejscowości i rangę wydarzenia – przedstawicieli ulubionej służby mundurowej każdego kibica. Dwóch nawet w pierwszych minutach urządziło sobie pełną ciekawskich spojrzeń przechadzkę po trybunach. Ale takie przejściowe trudności nie mogą przecież zniechęcić prawdziwych pasjonatów. Akcja rozegrana wzorowo.

Sprawdzenie stanu posiadania połączone z rozpoznaniem terenu…

Narada taktyczna wraz z rozdzieleniem zaprowiantowania…

I już można – jak mawiał Jan Himilsbach – wprowadzać element baśniowy do szarej rzeczywistości.

Na zdrowie, panowie! Nie ma futbolu bez alkoholu.

 

CATERING:

Na stadionie nie karmią ani nie poją, ale wyprawa do należycie zaopatrzonego sklepu i powrót zajmują kilka minut. Sprawdziliśmy na własnych nogach.

 

WC:

Tuż obok krytej trybuny. Z gatunku naszych najulubieńszych.

Chyba nie musimy dodawać, że nie mogliśmy sobie odmówić tej przyjemności i dzielnie, na bezdechu, skorzystaliśmy?

 

TABLICA WYNIKÓW:

Nic z tych rzeczy.

 

DOPING MIEJSCOWYCH:

Liczyliśmy na tego typu obrazki:

Odmienne zdanie wyrazili jednak panowie mundurowi, którzy – jak zostaliśmy poinformowani przez wiarygodne źródło – wycenili w ostatnim czasie tego typu obrazki na ładnych kilka stówek na głowę. I było tak:

 

ZORGANIZOWANI PRZYJEZDNI:

Albo nie dotarli, albo do perfekcji opanowali umiejętność zlewania się z otoczeniem. Takie kemeleony ze Służewa.

 

TEKST MECZU:

– Patrz, bydzie krycie dzisiej. Gola strzelił, kobita mu do.

Czyli razem będą dwa gole.

 

OGÓLNA FAJNOŚĆ:

6/10.

 

WOLNE WNIOSKI:

Sezon na kibica w laczkach uroczyście uważamy za otwarty!