Spóźnione, ale szczere podsumowanie meczu Zryw – Unia made by wagon pierwszy.

6.5.17, Klasa A podkarpacka, grupa Lubaczów, Zryw MłodówUnia Łukawiec 1:0.

 

PRZEJECHANE KILOMETRY:

435 (w jedną stronę). Najpierw w czwartek 375 z familią na pokładzie do Przemyśla, który przez trzy dni był naszą bazą. Po dwudniowym rajdzie po muzeach, zamkach, wzgórzach, parkach, sklepach, knajpach, rzecz jasna stadionach i zwykłych przemyskich ulicach (swoją drogą – polecamy na weekend, fajne miasto) nadszedł wreszcie czas na to, co tygrysy lubią najbardziej – meczing. Rodzinka została w Przemyślu, my odpaliliśmy naszego niezawodnego podwoziciela i pognaliśmy 60 kilometrów do Młodowa. Jechało się całkiem przyjemnie, choć przez kilka kilometrów droga przypominała raczej fragment Rajdu Dakar niż trasę przystosowaną do poruszania się samochodami osobowymi. Najważniejsze jednak, że i my, i auto dotarliśmy na miejsce w jednym kawałku.

W samym Młodowie trochę się musieliśmy naszukać celu wyjazdu (jak zwykle jechaliśmy nieprzygotowani do zajęć), ale – dzięki małej pomocy podążających z wyprawy zaopatrzeniowej do sklepu dwóch kibiców gości, z którymi pokonaliśmy ostatnie 500 metrów – w końcu naszym oczom ukazało się wejście na stadion.

Jak się okazało – wejść było jeszcze trudniej niż dojechać. Ale trzeba przyznać, że organizatorzy sprytnie to wymyślili. Przynajmniej na meczu byli tylko zdeterminowani kibice z krwi i kości, a nie przypadkowe pikniki.

Nie ma się co mazać. Skoro nawet kobiety z wózkami i dziećmi na rękach dały radę…

… to i my daliśmy. Pamiętajcie – dla prawdziwego pasjonata nie ma przeszkód, których by nie pokonał, by wejść na mecz. Nie ma wymówek i miękkiej gry.

Najważniejsze, że boisko było perfekcyjnie przygotowane.

 

BILETY:

Pokonanie górki z piachu, żwiru i kamieni to jedyna cena, jaką trzeba było zapłacić za możliwość chłonięcia widowiska.

 

SPIKER:

Niestety, nic z tego. Choć pana sędziego podejrzewamy, że równie doskonale jak z chorągiewką spisałby się także w roli mistrza ceremonii.

 

Z PIWEM NA STADION:

Owszem.

Na szczęście, bo słoneczko wybitnie zachęcało. Z butelkami i ich zawartością obchodzono się jednak z umiarem i kulturalnie. Zdecydowanie bardziej degustacja niż chlanie. Podobało nam się.

 

CATERING:

We własnym zakresie.

Był wilczy apetyt na wielką piłkę.

Niestety, niektórzy mieli jej już do wyrzygania.

 

WC:

Nie wiemy, czy nieszczęsny pan piłkarz z rozstrojem żołądka myślał o sprincie w kierunku stojącego w podliżu wyjścia z szatni toi toia, ale i tak by nie zdążył. Również dla kibiców nie jest to najszczęśliwsza lokalizacja. Dużo bliżej jest do stojącej za trybuną drewnianej perełki.

Bez kaloszy albo pontonu jednak nie polecamy.

 

TABLICA WYNIKÓW:

Brak, co spowodowało, że tymczasowo do pełnienia tej zaszczytnej funkcji zostaliśmy przez miejscowych koneserów namaszczeni my.

Panowie, służyć Wam zegarkiem to wielka przyjemność. Polecamy się na przyszłość.

 

DOPING MIEJSCOWYCH:

Nasi towarzysze przeżywali, klaskali i podpowiadali, ale skandowania i śpiewów nie było. Podobnie jak na pozostałej części trybuny.

 

ZORGANIZOWANI PRZYJEZDNI:

Oprócz dwóch naszych towarzyszy ostatniej części podróży jednoznacznie możemy także zakwalifikować do tej grupy także człownków ekipy remontowo-budowlanej, która zasiadła na trybunie w służbowych uniformach. Reakcje na wydarzenia boiskowe podobne do tych prezentowanych przez fanów gospodarzy.

 

TEKST MECZU:

– Pociąg! Pociąg! Prawą stroną to pociąg!

Przez chwilę mieliśmy już nadzieję, że nasza sława dotarła aż pod Lubaczów, ale błyskawicznie zostaliśmy sprowadzeni na ziemię…

 

OGÓLNA FAJNOŚĆ:

7/10.

 

WOLNE WNIOSKI:

Wreszcie! Wreszcie mogliśmy delektować się meczem w koszulce z krótkimi rękawami i okularami słonecznymi na nosie. Chyba nikogo, poza wagonem trzecim, nie trzeba przekonywać do wyższości takiego rozwiązania nad każdym innym…

Jednym słowem – pięknie było!